piątek, 15 maja 2020

DWIE NOWE ANTOLOGIE

Dzień dobry,
Odezwał się do mnie Piotr Gociek, który dla jednego z wydawnictw gromadzi materiały do dwóch antologii opowiadań fantastycznych. Jedna ma zawierać opowiadania fantastyczne związane z religią i duchowością - przy czym redaktor serii rozumie ten termin bardzo szeroko, druga składać się z opowiadań fantastycznych związanych z Bożym Narodzeniem, świętym Mikołajem, etc. Obydwa zbiory mają zawierać opowiadania już publikowane. Ja nie mam dostępu do tych tekstów, więc autorzy, którzy publikowali w „Magazynie Fantastyczny,”, a są zainteresowani obecnością w antologiach, proszeni są o kontakt ze mną.
Kiedy redaktor dokona wyboru tekstów, a wydawca go zaakceptuje, skontaktuje się on z autorami i ustali z nimi warunki współpracy.
Pozdrawiam Wszystkich Serdecznie!
Robert Zaręba

środa, 27 grudnia 2017

Wilq - Superbohater.

„Wilq”. Bartosz Minkiewicz, Tomasz Minkiewicz.


Wywodzi się z „Produktu” i  jest szczytowym osiągnięciem polskiego komiksu początku nowego tysiąclecia. Wszystko jest w nim wyjątkowe, trochę zwariowane i trochę na opak.

„Wilq” jest jednocześnie komiksem superbohaterskim i pastiszem gatunku. Bohater zajmuje się typową dla swojej roli działalnością, czyli obroną miasta przed złoczyńcami, potworami, szalonymi naukowcami i superłotrami, ale sposób w jaki to robi i metody jakich używa, różnią go zdecydowanie od klasycznych pierwowzorów.

Największą siłą komiksu są inteligentne scenariusze zakończone wyraźną, zazwyczaj zaskakującą puentą oraz ocierające się o absurd dialogi. Dotyczą one często spraw codziennych, wokół których toczy się życie twórców, przeczytanych lektur, głośnych filmów, telewizyjnych programów przyrodniczych i edukacyjnych, bieżących wydarzeń społecznych i politycznych. Autorzy nie silą się na głębokie analizy, ograniczają się raczej do trafnych uwag i ciętych ripost. Wszystko może stać się tematem komiksu, wątkiem przewodnim zwariowanych dialogów czy celem interwencji superbohaterów.
Autorzy mają doskonały słuch językowy i wiele zabawnych fraz z życia potocznego zyskało w komiksie drugie życie, a kilka fraz z ich komiksów trafiło do słownika miłośników komiksu.
Rysunki w „Wilqu”, nawiązujące do stylistyki Butenki, ale wzbogacone o fantastyczne ujęcia, niebanalne kadrowania, zaskakujące perspektywy, są jedną z najlepszych rzeczy, jakie przytrafiły się polskiemu komiksowi w ciągu ostatnich 25 lat.

Lektura tego komiksu to wspaniała zabawa, ale i wymagająca przygoda intelektualna.

Tekst ukazał się w czasopiśmie "Fantom" nr 4/2017

piątek, 15 grudnia 2017

Krucjaty - Bóg tak che!


27 listopada 1095 roku w Clermont w środkowej Francji, papież Urban II wygłosił jedno z najważniejszych i najbardziej porywających mów w historii ludzkości. Do licznie zgromadzonego rycerstwa oraz przedstawicieli kościoła, w tym 12 arcybiskupów i 80 biskupów, skierował wezwanie do zbrojnej pielgrzymki w celu odbicia Jerozolimy z rąk muzułmanów.

Odzew przeszedł najśmielsze oczekiwania. Na jego wezwanie odpowiedziało około 100 000 ochotników: arystokratów, rycerzy, mieszczan i chłopów. Ludzie porzucali swoje majątki, domy, rodziny i ruszali w niebezpieczną, liczącą 3 000 kilometrów, podróż do Ziemi Świętej. Zdecydowana większość z nich już nigdy nie miała powrócić do swoich domów i rodzin.

Ich droga wiodła poprzez pustkowia Antolii, niebezpieczne górskie drogi Cylicji i rozpalone słońcem syryjskie pustynie. Krańcowo wyczerpani, dziesiątkowani przez głód, pragnienie, zimno, nieznane w ich krajach śmiertelne choroby, całymi miesiącami oblegali mury niezdobytych twierdz: Nikei, Antiochii, Ma'artu, Askalonu, Akki, Jerozolimy.

Na przestrzeni wieków krucjaty interpretowano na różne sposoby: jako przejaw fanatycznej, ślepej i okrutnej religijności, którą niosły do Lewantu wygłodniałe hordy chciwych barbarzyńców, jak i ucieleśnienie rodzącej się i rozkwitającej europejskiej kultury rycerskiej oraz chrześcijańskiej solidarności, które zrodziły potrzebę odzyskania świętych miejsc chrześcijan i ich ochrony przed Saracenami.

Pierwsza krucjata zapoczątkowała trwający 200 lat cykl świętych wojen przeciwko światu muzułmańskiemu, których celem było zdobycie i utrzymanie panowania nad niewielkimi, odizolowanymi od reszty świata enklawami zarządzanymi przez chrześcijan zewsząd otoczonych przez wrogich im wyznawców islamu.

środa, 13 grudnia 2017

Komiksy Tadeusza Baranowskiego.

„Skąd się bierze woda sodowa”, „Orient men”, „Antresolka profesorka Nerwosolka”, „O zmroku”, „Porady praktycznego pana”. Tadeusz Baranowski.
Komiksy Baranowskiego to jeden z najjaśniejszych i najbardziej kolorowych fragmentów rzeczywistości okresu późnego PRL-u. Przez lata zdobiły ostatnią stronę „Świata młodych”, kusząc czytelników wyrafinowaną kreską i mieszaniną intensywnych barw. Miliony Polaków dorastało wraz z nimi, kształtując swój gust i wrażliwość artystyczną.
Komiksy Baranowskiego pełne są inteligentnego, czasem nieco absurdalnego i surrealistycznego humoru, który stał się znakiem rozpoznawczym autora. Humor ten przemawiał zarówno do młodszego jak i dojrzalszego czytelnika, choć komiksy adresowane do tego drugiego, miały znacznie poważniejszą tematykę i nieco pikantniejszy charakter.
Kolejną cechą charakterystyczną tych komiksów są wspaniałe rysunki, czasem wypełniające całe plansze, bogate w treść i szczegóły a także zdumiewająca, baśniowa kolorystyka.
Dzięki swojemu uniwersalizmowi wszystkie komiksy Baranowskiego przetrwały próbę czasu i cieszą kolejne pokolenie dzieciaków.
Komiksy te to arcydzieła najwyższej, światowej klasy, nieliczne diamenty w naszej kulturowej koronie.

piątek, 8 grudnia 2017

„Sin City”. Frank Miller.


Siedmiotomowa saga noir autorstwa Franka Millera inspiruje nie tylko komiksiarzy, ale i filmowców oraz twórców reklam. Akcja komiksu rozgrywa się w Basin City, mieście występku zamieszkałym głównie przez ludzi przegranych, autsajderów skazanych na życiową porażkę. Miastem rządzą bezwzględni politycy, gangi, seksualni dewianci, skorumpowani policjanci oraz prostytutki, które w górnym mieście stworzyły własną, wyjętą spod prawa dzielnicę, będącą areną krwawych starć szumowin wszelkiej proweniencji.
Duże wrażenie robią wyraziste, zapadające w pamięć postacie, stojące zarówno po stronie dobra jak i zła. Jedni i drudzy warci są zainteresowania i czytelnik łatwo się z nimi identyfikuje. Tym bardziej, że granica między prawością a występkiem jest tu wyjątkowo cienka i często „źli” stają po stronie dobra, a „dobrzy” staczają się w otchłań występku. Owa relatywizacja dobra i zła, tak drażniąca w innych tego typu produkcjach, tutaj nie przeszkadza. Może dlatego, że w komiksie nie ma miejsca na przebaczenie i zło zazwyczaj zostaje ukarane z okrutną skutecznością.
Komiks utrzymany jest w czarno-białej stylistyce, którą czasem tylko wzbogaca dodatkowy kolor, co idealnie współgra z mroczną treścią komiksu.
„Sin City” to komiks czysto rozrywkowy, ale jest to rozrywka najwyższej próby. W swojej kategorii, to absolutne mistrzostwo świata.

środa, 6 grudnia 2017

„Likwidator”. Ryszard Dąbrowski.


Od dwudziestu pięciu lat komiks Dąbrowskiego zachwyca intensywną fabułą, inteligentnymi dialogami, satyryczną kreską, świetnymi karykaturami. Niezwykłe jest zaangażowanie autora w sprawy społeczne i polityczne, których większość rodzimych twórców komiksowych nawet nie zauważa.
Jednakże, jako że obecnie jestem wydawcą tej legendarnej serii, której poszczególne albumy doczekały się tłumaczeń na język rosyjski, hiszpański i czeski, niezręcznie mi o niej pisać. Dlatego pozwolę sobie zacytować sam siebie sprzed niemal piętnastu lat, czyli z czasów, gdy z komiksami Dąbrowskiego nie miałem jeszcze nic wspólnego.


„Likwidator” to komiks z krwi i kości, to sama esencja komiksu. Dąbrowski, wykorzystując możliwości tego nośnego medium, przemyca do popkultury idee ważkie, buntownicze, rewolucyjne. Jak sam mówi w wywiadzie dla „Ślizgu”: „Przyznam szczerze, że moje komiksy to dywersja kulturalna. Żyjemy w czasach wojny kulturowej, dlatego trzeba wykorzystywać wszelkie środki”.
Komiks ten zmusza do refleksji, do zastanowienia się nad kondycją człowieka i cywilizacji ludzkiej, do spojrzenia w przyszłość i uświadomienia sobie otchłani, w kierunku której nieuchronnie zmierzamy. „Generalnie jest to komiks nastawiony na prowokowanie [...] nie sposób mieć poglądy takie jak Likwidator, ale mniej więcej ten odcień”.
Likwidator od przeszło dwudziestu pięciu lat walczy na froncie, który większości naszym twórcom mainstreamowym nawet nie zdążył się jeszcze przyśnić. Miałkość i nijakość współczesnej literatury głównego nurtu w zderzeniu z tym komiksem jest aż nadto widoczna.


wtorek, 21 listopada 2017

Trylogia Nikopola

"Targi nieśmiertelnych", "Kobieta pułapka", "Zimny równik" - Enki Bilal.
Komiksowe arcydzieło Enkiego Bilala jest nieco surrealistyczną dystopią, z której wyłania się mroczna przyszłość naszej planety, pełna wojen, religijnego fanatyzmu, politycznych ekstremizmów, rozwarstwienia społecznego, eksperymentów genetycznych oraz postępującego wyalienowania człowieka. Jest to obraz społeczeństwa, w którym niczym w zdeformowanym zwierciadle odbija się nasza rzeczywistość.
Bilal z właściwą sobie wirtuozerią połączył twardą s-f z fantastyką socjologiczną oraz mitologią, dzięki czemu uzyskał wielowymiarowe, pulsujące życiem uniwersum. Autor osiągnął to bez zbędnego wysiłku, popychając akcję do przodu powoli, wręcz flegmatycznie, poszczególne sceny jak gdyby mimochodem spajając w skomplikowany i miejscami niełatwy w odbiorze obraz całości.
Trafną krytykę społeczną uzupełnia oryginalna fabuła oraz zaludniająca komiks plejada wyraźnie zarysowanych, ciekawych zarówno od strony psychologicznej jak i fizycznej postaci „pięknych kobiet i brzydkich mężczyzn”.
Efektem tych wielorakich, artystycznych zabiegów jest obraz ponurego, wyziębionego i pozbawionego nadziei świata, w którym dzikie zwierzęta mają prawa ludzkie. Ale nawet tu od czasu do czasu odnajdujemy odrobinę surowego piękna, a bohaterowie podczas uprawiania seksu recytują poematy Baudelaire.
Dzieło Bilala olśniewa także od strony graficznej. Realistyczne, pełne koloru i światła, pieczołowicie narysowane plansze robią piorunujące wrażenie. Szczególnie silny efekt autor osiąga stosując swój realizm do odrysowania zupełnie odrealnionego świata i zasiedlających go fantastycznych postaci.

Komiks doczekał się bardzo udanej ekranizacji dokonanej przez samego Enkina Bilala.

sobota, 18 listopada 2017

Lobo - ostani Czernianin.


„Lobo”. Keith Giffen, Simon Bisley, Alan Grant. Jest bezdyskusyjnym faktem, że zbiorową wyobraźnią przynajmniej dwóch ostatnich pokoleń zawładnęli superbohaterowie zza oceanu. Dziesiątki filmów, setki kreskówek, tysiące komiksów wygenerowały gigantyczne uniwersum, nie zawsze rządzące się prawami nauki, ale zawsze mocno oddziałujące na wyobraźnię i emocje odbiorców. W tej lekko ciepłej, mdławej, infantylnej, popkulturowej zupie trafiają się kęsy o wyraźnie pikantnym, intensywnym smaku. Takim kęsem jest seria komiksów „Lobo”.

Bohater stworzony przez trio autorskie, na co dzień zajmuje się rzeczą najzupełniej dla superbohatera naturalną czyli eliminowaniem różnych podejrzanych kreatur, często za sowitym wynagrodzeniem, ale jeszcze częściej dla samej przyjemności, z potrzeby relaksu czy chęci poprawienia ogólnej higieny międzyplanetarnego uniwersum. To, co w tym komiksie zachwyca najbardziej, to niczym nie ograniczona wyobraźnia twórców. Ich bohater przyjmuje zlecenia nie tylko na złoczyńców, ale nie waha się stanąć przeciwko osobom powszechnie szanowanym, takim jak: Batman, Hitman, Maska, a nawet Święty Mikołaj czy sam Boug. Obrazoburcze pomysły twórców sięgają jeszcze głębiej, a postacie występujące w komiksie okazują się być dalekimi od naszych uwarunkowanych kulturowo wyobrażeniach o nich, np. wielkanocny zajączek to zazdrosny o bożonarodzeniowe atrakcje przedstawiciel „wysoko postawionych osób” zlecający morderstwo Świętego Mikołaja, który z kolei okazuje się bezwzględnym tyranem wykorzystującym elfy do niewolniczej pracy. Absurdalność sytuacji, ich zupełna niemożliwość zaistnienia, są nośnym środkiem artystycznym, który twórcy wykorzystują z premedytacją i bez żadnych ograniczeń.


Jednak największym sukcesem tego komiksu jest niewymuszona i naturalna łatwość rozbawienia czytelnika, dzięki czemu komiks wybija się wysoko ponad przeciętność superbohaterskich produkcji.

czwartek, 16 listopada 2017

Will Eisner

Autor w swoich komiksach Umowa z Bogiem”, „Nowy Jork”, „Życie w obrazach”, „Sprawa rodzinna .w sposób permanentny portretuje życie Nowego Jorku, głównie okolic Dropsie Avenue i Manhattanu, gdzie przez większość życia mieszkał i tworzył. Swą opowieść buduje z małych, czasem błahych z pozoru i nieistotnych zdarzeń, które jednak w jakiś magiczny sposób łączą się w jedno i tworzą wielowymiarowy obraz miasta i zamieszkujących go ludzi.
 Materiałem użytym do budowy tej misternej konstrukcji są losy poszczególnych ludzi jak i całych narodów. Autor z brutalną szczerością odsłania przed nami skrywaną głęboko pod maską póz, szpanu i konwenansów, prawdziwą naturę człowieka. Z jednej strony ukazuje heroizm i determinację biednych obywateli miasta, ich nieustanne zmaganie się z życiem i mozolne wspinanie się po szczeblach kariery ku sławie i bogactwu lub staczanie w otchłań rozpaczy, z drugiej zblazowanie i pustkę życia bogaczy, rządzące nimi namiętności, takie jak pożądanie, chciwość i próżność. Eisner posiada niezwykły dar obserwacji oraz głęboką wrażliwość na różne stany emocjonalne swoich komiksowych bohaterów, których pierwowzorem są często jego krewni, przyjaciele czy znajomi.
Spoiwem łączącym wszystko w jedną całość jest samo miasto, jego pełne tajemnic i ludzkich dramatów miejsca, jak place, gwarne ulice, wysokie budynki czy zaśmiecone, brzydkie zaułki.
Wielkość komiksów Eisnera, to nie tylko filozoficzne i psychologiczne rozważania o kondycji natury ludzkiej, to także mistrzowsko prowadzona narracja, świetne dialogi oraz klimatyczne, czarno-białe rysunki.
To światowa klasyka, ważny cywilizacyjny dorobek XX wieku. Autor wyzwolił się z ciasnego gorsetu konwencji obowiązujących w amerykańskim komiksie i podążał własną drogą, kładąc podwaliny pod współczesną powieść graficzną.

Powyższy tekst ukazał się w "Fantomie".


środa, 15 listopada 2017

„Pinokio”. Winshluss (Vincent Paronnaud).


"Pinokio" Winshlussa jest uwspółcześnioną adaptacją kultowej 

powieści Carlo Collodiego. W ogólnym zarysie akcja komiksu 

pokrywa się z literackim pierwowzorem, lecz w szczegółach 

Winshluss daleko odchodzi od oryginału i dokonuje błyskotliwych 

wariacji fabuły oraz występujących w niej postaci. Za przykład 

może posłużyć „gadający świerszcz” z powieści Collodiego, 

któremu Winshluss nadał formę karalucha i umieścił w głowie 

Pinokia. Postać ta zyskuje głębszy wymiar, zmieniając się w 

bezrobotnego, pogrążonego w kryzysie twórczym i cierpiącego na 

niską samoocenę pisarza, który zamiast raczyć Pinokia życiowymi 

poradami, urządza w jego głowie dzikie popijawy. 

 W konsekwencji Winshluss zmienił umoralniającą opowiastkę dla 

dzieci w mroczną i miejscami perwersyjną przypowieść dla 

dorosłych.


Wiele wątków tej fascynującej opowieści rozwija się równolegle, 

przeplata ze sobą i na koniec łączy w spójny traktat o naturze 

człowieka i jego uwikłaniu w skomplikowane relacje społeczne i 

polityczne.


Wspaniale prezentuje się także graficzna strona komiksu. Świetna, 

zdeformowana kreska, oszczędna forma, psychodeliczny klimat, 

mistrzowskie posługiwanie się językiem komiksu.



„Pinokio” posiada wszystkie atrybuty, które czynią z niego 

komiksowe arcydzieło w niczym nie ustępujące swojemu 

literackiemu pierwowzorowi.  

niedziela, 10 maja 2015

Jestem komunistyczną babą! - Danu Lungu

Powieść „Jestem komunistyczną babą!” Danu Lungu można określić mianem rumuńskiego „Przeminęło z wiatrem”, w której stary porządek świata zastępuje nowy, zaś wczorajsi beneficjenci w nowej rzeczywistości padają ofiarą ekonomicznego i społecznego regresu.
Bohaterka i jednocześnie narratorka powieści, Emilia Apostoae, wykorzystała szansę, jaką stworzył jej komunizm i z wiejskiej dzierlatki ugniatającej gołymi stopami kiziak (gnój), awansowa w okolice komunistycznej rumuńskiej klasy średniej. Z wiejskiej chaty bez elektryczności i kanalizacji przeniosła się do miasta, do mieszkania zakładowego ze wszelkimi wygodami, zaś darmową harówkę ponad siły na wsi zastąpiła dobrze płatną pracą w miejskim zakładzie wytwarzającym produkty na eksport (dzięki temu zarabiała dwa razy więcej niż inni robotnicy, co mniej więcej odpowiadało pensji kierownika działu). Na tle powszechnej biedy była wiec osobą zamożną i ustosunkowaną. Dzięki rozległym koneksjom wśród sobie podobnych, bez trudu zdobywała żywność i deficytowe wytwory współczesnej cywilizacji. Stać ją było na fryzjera, wykształcenie córki, drogie ubrania, enerdowskie kosmetyki, etc.

Mało efektywny system komunistycznej gospodarki sprzyjał bumelanctwu, złodziejstwu, bylejakości, kombinatorstwu, z których to atrybutów Emilia umiejętnie korzystała i za które nikt nie ponosił odpowiedzialności, oprócz samego systemu rzecz jasna, który z tych i wielu innych przyczyn nieuchronnie zmierzał ku zagładzie.

Kiedy dopełniła się ustrojowa apokalipsa zamknięto nierentowne zakłady, likwidując przy okazji miejsce pracy naszej bohaterki i skazując ją na egzystencję w biedzie i niedostatku. Emilia, podobnie jak panowie byłych niewolników, nie może odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Jej spryt, ambicja, zapał, odwaga i pracowitość, dzięki którym w czasach komunizmu dokonał się jej awans społeczny, gdzieś znika. Autor nie wyjaśnia, co się z nimi stało, dlaczego w kapitalizmie bohaterce zabrakło tej odrobiny przedsiębiorczości, która popchnęła jej koleżankę do zainwestowania we własny biznes. A nowe czasy rodzą nowych bohaterów, patrzących w przyszłość, harujących od świtu do zmierzchu, którzy po całym dniu pracy padają nieprzytomni ze zmęczenia, ale szczęśliwi, gdyż wreszcie mają swój los we własnych rękach.

Zamiast tego Emilia śni o przywróceniu starego porządku. Ma świadomość, że innym wcześniej było gorzej, ale jej ocena rzeczywistości jest czysto subiektywna. Nie obchodzą ją tamci “inni”, ale sytuacja obecna, dzień dzisiejszy, w którym to ona jest tą “inną”, wegetującą na marginesie życia. 

Dan Lungu stara się przedstawić obie rzeczywistości, tę sprzed i po roku 1989 w sposób wierny i obiektywny, przytaczając fakty i opisując zdarzenia z dystansem, bez nadmiernego emocjonalnego zaangażowania,. Być może to jest przyczyną, że tę niewielką objętościowo książeczkę czytałem przeszło tydzień, co kilka zdań odkładając ją i powracając myślami do wczesnej młodości, do czasów które on opisuje, a opisana przez niego rzeczywistość miejscami wiernie pokrywa się z rzeczywistością znaną mi z autopsji. 

I to jest chyba największą zaletą tej książki, ów postsocjalistyczny uniwersalizm zamknięty w granicach byłej sowieckiej strefy dominacji, będący jednocześnie jej największą wadą, gdyż nie może być zrozumiały przez mieszkańców innych części świata, nie wyposażonych w zasobny bagaż wspólnych doświadczeń, niezbędnych dla prawidłowej percepcji powieści. 

Pisarz miejscami ociera się o geniusz, jak choćby w scenie rozmowy obcych sobie kobiet, których wspólnym tematem jest strach przed pójściem ich pociech do czwartej klasy, „bo w niej jest przecież tyle nowych przedmiotów”. To zdumiewające, ale nigdzie indziej w literaturze nie znalazłem tego lęku ujętego w słowa, choć trauma ta towarzyszy chyba każdemu rodzicowi, bez względu na szerokość i długość geograficzna. A przecież nie od dziś wiadomo, że o wielkości pisarza świadczy umiejętność ujęcia w uporządkowane zdania tego, co nam wszystkim błąka się bezwładnie po głowach.


(Tekst pierwotnie opublikowany w "Magazynie Fantastycznym").

środa, 8 kwietnia 2015

"KSENOCYD" - Orson Scott Card


„Ksenocyd” jest trzecią częścią cyklu o Enderze ksenobójcy. Niestety, po dwóch pierwszych, absolutnie wspaniałych, słusznie obsypanych najważniejszymi branżowymi nagrodami, dostaliśmy literaturę przeciętną, ledwie zjadliwą, nudną.

Autor konsekwentnie rozwija fabułę drobiazgowo uzupełniając wykreowane w „Mówcy umarłych” uniwersum oraz wprowadzając nowe idee, jednakże już od początku widzimy wielką przepaść dzielącą „Ksenocyd” od poprzednich części cyklu. Jest on przede wszystkim przegadany i niemiłosiernie rozciągnięty (niektóre wydarzenia, myśli i refleksje są powtarzane niczym dialogi w kolejnych scenach wenezuelskiej telenoweli).

W fiction zabrakło wiarygodności kreowanej iluzji, zaś science zostało utopione w mało oryginalnym, mało przekonywującym, a miejscami wręcz infantylnym, pseudonaukowym bełkocie (np.: o ile w dwóch pierwszych tomach cyklu podróże w kosmosie z prędkością podświetlną były dla autora atrakcyjne, a w „Mówcy Umarłych” efekty relatywistyczne miały wręcz swój znaczący wpływ na kreowanie akcji, o tyle w „Ksenocydzie” stały się ciężarem – więc do popchnięcia fabuły Card nie zawahał się użyć banalnego i kompletnie niewiarygodnego sposobu przekroczenia prędkości światła).


Różnica między dwoma pierwszymi tomami cyklu a „Ksenocydem” jest taka, jak między wysokiej próby artyzmem, a zaledwie poprawnym rzemiosłem. Nikomu nie polecam tej książki.

czwartek, 26 marca 2015

"MÓWCA UMARŁYCH" - Orson Scott Card

Ostatnią powieść stricte science-fiction przeczytałem dziesięć lat temu. I pewnie nie sięgnąłbym po ten gatunek przez kolejne dziesięć lat, gdyby znajomy rysownik komiksowy (współtwórca kultowej serii science fiction „Biocosmosis”) nie polecił mi audiobooka Orsona Scotta Carda, pt. „Mówca Umarłych”. Zazwyczaj ten rodzaj kontaktu z lekturą rezerwuję dla pozycji, które już kiedyś czytałem, lecz w tym przypadku zrobiłem wyjątek. W końcu kiedyś czytałem pierwszą, sfilmowaną niedawno część cyklu, pt. „Gra Endera” więc jej kontynuację potraktowałem jako coś częściowo znajomego.

Akcja powieści rozpoczyna się trzy tysiące lat po ksenocydzie, którego młody Ender dopuścił się na robalach. Zagłada całego gatunku inteligentnych istot nie przyniosła mu chwały, a wprost przeciwnie. Kiedy ludzkość dowiedziała się prawdy o robalach (z dzieła „Królowa
Kopca”), zaczęła współczuć robalom, a on stał się największym zbrodniarzem w dziejach ludzkości.

Nieustannie przemieszczając się z prędkością podświetlną, dzięki efektom relatywistycznym, Andrew Wiggin wciąż pozostawał młodym, zaledwie trzydziestosześcioletnim mężczyzną, który dostał szansę okupienia swej zbrodni. Odnalazł i zabrał ze sobą ostatnią we wszechświecie królową kopca, dla której w tajemnicy przed resztą świata, przez trzy tysiące lat, na dziesiątkach planet, szukał dogodnego miejsca do odtworzenia gatunku. Wreszcie szczęście uśmiechnęło się do niego i został wezwany na Lusitanię, by mówić o śmierci trzech osób. Jego zgoda na daleki lot miała także dodatkowy, pozaludzki wymiar. Na planecie żyły ssakokształtne inteligentne istoty zwane przez ludzi „porquinhos” czyli prosiaczki. Porquinhos dzięki tajemniczemu, inteligentnemu wirusowi zwanym deskoladą, po fizycznej śmierci odżywały w formie drzewa, by stać się ojcami kolejnych pokoleń porquinhos. Deskolada zabiła na planecie wszelkie życie z wyjątkiem kilku gatunków, które przekształciła w symbiotyczne pary. Zabiła także wielu ludzi, a pozostałych skazała na życie w stanie nieustannego zagrożenia.

Ale to nie koniec niezwykłych pomysłów autora. W międzyplanetarnej sieci ansibli, pomiędzy którymi informacja rozprzestrzenia się z prędkością myśli, pośród gąszczy połączeń filotycznych i setek tysięcy komputerów na stu światach, żyła kolejna obca, niezwykle inteligentna istota, Jane.

Ender musi zmierzyć się nie tylko z zagadką niezwykłej reinkarnacji prosiaczków, posępną tajemnicą zabójczej deskolady, narastającą presją pragnącej nowego życia królowej kopca, kapryśnym geniuszem wirtualnej Jane, ale i z codziennymi troskami ludzkiej kolonii na Lusitanii oraz osobistymi, skomplikowanymi relacjami z genialną rodziną Ribejrów, A wszystko to jest tylko punktem wyjścia dla filozoficznych i antropologicznych rozważań na temat ludzkiej natury.

Książka jest intrygująca, wciągająca, inteligentna. Trzyma w napięciu od pierwszej do ostatniej strony. Card po mistrzowsku wprowadza nas w świat swej iluzji, zasypuje pomysłami, gmatwa fabułę, czasem tylko dając odetchnąć jakimś nieoczekiwanym zwrotem akcji. Choć niekiedy strony powieści trącą patosem i sentymentalizmem, to iluzja wykreowanego przez autora uniwersum ani na chwile nie przestaje być dla nas wiarygodna. Dla mnie świadczy to o prawdziwym mistrzostwie i wielkości pisarza.

Pochwały należą się także osobie czytającego, Rochowi Siemianowskiemu. Wykonał perfekcyjną pracę, i to dzięki niemu powieść nabrała specyficznego, subtelnego smaku.


„Mówca Umarłych”, to perła literatury science-fiction. Książka ta, podobnie jak pierwszy tom cyklu „Gra Endera”, zdobyła dwie najważniejsze dla literatury fantastycznej nagrody: Hugo i Nebulę. Polecam ją każdemu czytelnikowi, a szczególnie tym, którzy z literaturą science fiction mają sporadyczny kontakt. Nie wiem czy książka ta zmusi Was do sięgnięcia po kolejne pozycje z gatunku, ale z pewnością nikogo nie rozczaruje.  

czwartek, 12 marca 2015

„Życie. Powieść graficzna” - Yoshihiro Tatsumi



„Życie. Powieść graficzna” to komiks autobiograficzny Yoshihiro Tatsumiego, japońskiego twórcy mangi i podwójnego laureata nagrody Eisnera (komiksowego odpowiednika literackiego Nobla). Tatsumi przeszedł do historii japońskiej popkultury jako twórca gekigi, odłamu mangi przeznaczonej dla dorosłego czytelnika, której odpowiednikiem w naszym kręgu kulturowym jest komiks określany terminem „powieść graficzna”. Narodzinom gekigi poświęcone są spore fragmenty tego komiksu.

Tatsumi opowiada o swoim życiu skupionym głównie wokół tworzenia mangi. Tematem dominującym w komiksie jest pracy nad kolejnymi historiami, zaś w tle pojawiają się wątki poboczne, takie jak życie prywatne bohatera i jego relacje z rodziną, współpraca z wydawcami przy produkcji albumów autorskich i magazynów mangowych, interakcje zachodzące między twórcami, redaktorami i wydawcami mang, a także sporadyczne doświadczenia seksualne bohatera z kobietami.

Opowieść zaczyna się wraz z zakończeniem wojny. Później kolejno snuje się przez niedostatek lat powojennych i entuzjazm pierwszych symptomów ożywienia gospodarczego. Kończy się unikalną w skali globalnej gospodarczą prosperitą i ogromnym skokiem cywilizacyjnym Japonii. Równolegle z rozwojem Japonii, rozwija się także kariera zawodowa bohater opowieści. Z fascynata tworzącego ręcznie rysowane ziny mangowe, poprzez współautora pierwszych wysokonakładowych magazynów publikujące krótkie historie, aż po redaktora tytułów kreujących japoński rynek mangowy.

Temat wydaje się idealny, to wręcz samograj o potencjale zdolnym zainteresować nie tylko fana japońskiego komiksu, ale także czytelnika zajmującego się szeroko pojmowaną popkulturą.

Niestety, rozciągnięta na 830 stron opowieść jest przeraźliwie nudna, monotonna, wręcz klaustrofobiczna. Postacie komiksu są płaskie, pozbawione głębi, bezbarwne, a ich życie jawi się jako niewiarygodnie puste. Autor nie pokusił się też o głębsze analizy motywów ich postępowania oraz uwarunkowań dokonywanych przez nich artystycznych wyborów i życiowych postaw. Nie zadbał także o głębsze zróżnicowanie psychologiczne postaci, przez co wszystkie są do siebie podobne, różne tylko w mało istotnych szczegółach, a co najgorsze, wszystkie są w równym stopniu nijakie. Czy jest to „życie” ukazane jedynie w kontekście twórczości komiksowej? Czy istnieje poza nim jakieś inne „życie” bohatera, bogatsze w barwy, emocje i wymiary? Autor nie udziela nam w tej kwestii żadnych wskazówek.

Aby poszerzyć horyzont czytelnika i dać mu możliwość głębszego zrozumienia wydarzeń opowiedzianych w komiksie, Tsunami od czasu do czasu ilustruje ważne momenty w historii i kulturze Japonii. Skrupulatnie odnotowuje przełomowe wydarzenia historyczne, pojawienie się kultowych postaci popkultury, premiery istotnych dzieł filmowych, literackich (w komiksie pojawiają się dziesiątki, może nawet setki nazwisk twórców mangi i tytuły ich dzieł) i muzycznych. Ale te wszystkie informacje są jakby zawieszone w próżni i nijak nie przekładają się na lepszą percepcję komiksu. Czytelnik nie ma pojęcia czy miały one jakikolwiek wpływ na życie bohatera powieści i w jakim stopniu (i czy w ogóle) oddziaływały na jego twórczość, czy też posłużyły autorowi wyłącznie do odmierza mijającego czasu w atrakcyjny sposób.

Dużym plusem komiksu, jest możliwość wglądu w realia życia codziennego twórcy mangi. Dowiadujemy się z niego, że początkujący artysta już na początku swojej kariery zawodowej otrzymywał całkiem przyzwoite wynagrodzenie za swoją pracę (a działo się to na początku lata pięćdziesiątych minionego wieku), zaś artysta z pewnym dorobkiem, z rozpoznawalnym w środowisku nazwiskiem, mógł ze swej profesji utrzymać siebie i swoją rodzinę. Z punktu widzenia polskiego twórcy komiksów, to właśnie jest chyba najbardziej niezwykłe i egzotyczne w całym komiksie.


Komiks Yoshihiro Tatsumiego nie urzekł mnie, ale i specjalnie nie rozczarował. Adresowany jest wyłącznie do zatwardziałych komiksowych nerdów i nikomu innemu go nie polecam.

piątek, 27 lutego 2015

DRUGA KRUCJATA – Jonathan Phillips


Druga krucjata nie zakończyła się sukcesem, jak pierwsza i nie miała takiego rozmachu, jak trzecia. Nie obrosła też w legendy, a jej uczestników nie opromieniła chwałą ani nie uczyniła bogatymi. Spowodowała więcej szkód dla chrześcijańskiego świata niż przyniosła pożytku. Dlatego kronikarze nie poświecili jej zbyt wiele miejsca, wstydliwie zamiatając pod dywan historii. Byłem więc zdumiony, kiedy zobaczyłem na półce księgarni dość opasłą książkę Jonathana Phillipsa, pt. „Druga krucjata”, z intrygującym podtytułem „Rozszerzanie granic chrześcijaństwa”.

Tajemnica podtytułu wyjaśniała się już we wstępie do tej monumentalnej monografii. Phillips zalicza do drugiej krucjaty nie tylko wyprawę Henryka VII i Konrada III do Lewantu (z lizbońskim epizodem Anglonormanów) w celu odbicia opanowanej przez Nur ad-Dina Edessy, ale także krucjatę bałtycką i krucjatę iberyjską. Wszystkie te kampanie autor podciąga pod II krucjatę, gdyż wszystkie uzyskały prawa i przywileje wynikające bezpośrednio z bulli papieskiej „Quantum praedecessores” papieża Eugeniusza III. Oczywiście poszerzenie obszaru zainteresowań o te dwie kampanie, ma znaczący wpływ na objętość tekstu.

Początkowe rozdziały nie nastrajają optymistycznie. Rozwlekły, drobiazgowy, zagmatwany styl autora, w połączeniu z zaciemniającą obraz manierą streszczania materiału, który ma być omawiany szerzej w kolejnych rozdziałach książki, wprowadza spory zamęt i utrudnia lekturę. Na szczęście z każdym kolejnym rozdziałem jest coraz lepiej, i wraz z przejściem do właściwego tematu, jakim są przygotowania do krucjaty i sam jej przebieg, styl autora staje się jasny i klarowny.

Jednym z najmocniejszych punktów dzieła Phillipsa jest wnikliwy, obszerny i wręcz fascynujący obraz przygotowań do krucjaty prowadzony przez cały chrześcijański Zachód, ze szczególnym uwzględnieniem najbardziej niezwykłej postać tamtych czasów, opata klasztoru cystersów, Bernarda z Clairvaux. Ten kontrowersyjny duchowny, poczynając od zjazdu możnowładców i duchowieństwa w Vezelay (będącego tym dla drugiej krucjaty, czym dla pierwszej było sobór w Clermont) aż do jej wyruszenia, przemierzył ogromne połacie zachodniej Europy, namawiając rycerstwo i ludzi pośledniejszych stanów do wzięcia krzyża. Pieczołowitość i skrupulatność autora w dochodzeniu przyczyn i motywów przyłączenia się do krucjaty zarówno najważniejszych uczestników wyprawy, jak i prostych ludzi, zasługują na największy szacunek.
Podobnie zachwyca przytłaczająca ilość faktów dotycząca logistyki wyprawy, sposobów i źródeł jej finansowania, a także pochodzenia jej uczestników. W dążeniu do prawdy autor nie ogranicza się wyłącznie do czerpania ze źródeł historycznych, ale chętnie sięga po dzieła literackie, i to zarówno pisarzy chrześcijańskich jak i muzułmańskich.

W kwestii samej krucjaty w Outremer nie dowiadujemy się niczego, czego nie wiedzielibyśmy do tej pory, z jednym wszakże wyjątkiem. Większość historyków, a przynajmniej tych, z którymi poglądami miałem okazje się zapoznać, uważała poniechanie ataku na Aleppo i Szajzar oraz skierowanie potencjału krucjaty na Damaszek, za ogromny, granicząc wręczy z głupotą błąd, który w konsekwencji doprowadził do porażki krucjaty. Phillips staje po stronie mniejszości, która uważała ten manewr za uzasadniony w perspektywie potencjalnego sojuszu Nur ad-Dina z Unurem, mogącego położyć kres całemu Outremer. Choć nie jest to idea nowa, to w jego wykonaniu bardzo przekonywująca.

Duży plus należy się też autorowi za wnikliwe przedstawienie pierwszych akcji chrystianizacji Słowian oraz za opis krucjaty iberyjskiej, której zwycięstwa militarne, takie jak zajęcie Lizbony i Tortosy, były jedynymi trwałymi zdobyczami II krucjaty.

Dzieło Phillipsa, może poza kilkoma pierwszymi rozdziałami, z pewnością jest warte przeczytania i polecenia każdemu fascynatowi historii średniowiecza i ruchu krucjatowego.

piątek, 20 lutego 2015

JEZUS OŚMIESZONY – Leszek Kołakowski


„Jezus ośmieszony”, to napisany w połowie lat osiemdziesiątych esej, „apologetyczny i sceptyczny”, nigdy przez autora nie ukończony, a znaleziony w jego archiwum i wydany obecnie. Głównym tematem eseju jest próba opisania znaczenia osoby Jezusa Chrystusa, jako postaci mitycznej oraz poszukiwanie śladów jego uniwersalnego przesłania w czasach współczesnych.

Kołakowskiego nie interesują dywagacje na temat natury Chrystus, gdyż traktuje go jako element składowy cywilizacji europejskiej, jako mit, w który przez stulecia wierzono i poprzez pryzmat którego postrzegano rzeczywistość. Osobiście w boskość Jezusa (podobnie jak w jakąkolwiek boskość) nigdy nie wierzyłem. Nigdy też nie miałem większego szacunku dla Jezusa, jako postaci historycznej i zawsze postrzegałem go jako religijnego ekstremistę, radykała pragnącego jedną religia zastąpić inną, jeszcze bardziej ortodoksyjną i wymagającą większych poświęceń.
Dlatego potraktowanie tematu bardziej z perspektywy socjologicznej niż religijnej, jest dla mnie całkowicie do przyjęcia. Niestety, owa deklarowana neutralność światopoglądowa szybko została zastąpiona indoktrynacją religijną (czytając książkę kilkakrotnie sprawdzałem nazwisko na okładce, aby się upewnić, czy przypadkiem nie pomyliłem autora).

Książka jest też podsumowaniem obecnych w kulturze trendów zmierzających do pogodzenia rzeczy z natury nie do pogodzenia, czyli religii i nauki (wielowiekowe doświadczenie uczy nas, że oba te zbiory nie mają części wspólnych i religia zaczyna się tam, gdzie kończy się nauka).

Filozof przytacza przy tym nienową, ale niezwykle irytującą tezę głoszącą, że skoro nauka nie może udowodnić nieistnienia Boga i nie ma żadnego dowodu na to, że Boga nie ma, to znaczy, że nauka wierzy, że on nie istnieje. Czyli nauka w swej niewierze zostaje zrównana z religią w swej wierze.

A przecież nauka nie jest od udowadnianie nieistnienia bogów, obecności stad różowych słoni na niewidocznej stronie Księżyca czy lewitujących, tybetańskich mnichów. Dlaczego wierzącym się wydaje, że z formalnego punktu widzenia udowodnienie nieistnienia Boga jest czymś ważniejszym, niż udowodnienie nieistnienia elfa czy wikołaka? Brak wiary w istnienie Boga wynika z osobistych doświadczeń miliardów ludzi na całym świecie, którzy nigdy żadnego Boga nie widzieli. Nikt nie przedstawił też żadnych dowodów na jego istnienie (podobnie jak nie udowodniono istnienia elfa, lewitującego tybetańskiego mnicha, czy stada różowych słoni na niewidocznej stronie Księżyca). Wierzący odwracają więc kolej rzeczy i sami nie znajdując żadnego dowodu na istnienie Boga, każą nam szukać dowodu na jego nieistnienie, Śmieszne to i żałosne zarazem.

W nauce nie ma miejsca dla Boga, a naszym naturalnym stanem jest brak wiary W milionach wzorów, twierdzeń i definicji (matematycznych, fizycznych, chemicznych, biologicznych) według których funkcjonuje coraz lepiej poznany wszechświat, nie ma żadnej stałej transcendentnej, żadnego współczynnika boskości czy liczby Boga. Mimo to świat opisany tymi wzorami działa doskonale, a zbudowane dzięki współczesnej nauce i nowoczesnej technologii urządzenia odmieniają nasze życie w stopniu, jaki nie śnił się nawet największym filozofom.

środa, 4 lutego 2015

MURY HEBRONU - Andrzej Stasiuk


Przemierzając przepaściste otchłanie internetu natrafiłem na forumową dyskusję, w której wykształceni (bądź kształcący się jeszcze), wrażliwi, zamożni, młodzi ludzie z dobrych domów, zasuwali grypserą z łatwością starej recydywy. Z ciekawości prześledziłem wątek i szybko natrafiłem na krynicę owej wiedzy, książkę Andrzeja Stasiuka, „Mury Hebronu”.

Fabuła powieści jest niezwykle prosta, wydaje się być wręcz kompilacją dwóch znanych utworów: łotrzykowskiej powieści o tematyce więziennej „Co jest za tym murem” Jacka Stwora i filmu „Nie zaznasz spokoju” w reżyserii Mieczysława Waśkowskiego. Świat git-ludzi, dla większości z nas egzotyczny i zupełnie nieznany, w powieści Stasiuka ożywa z niezwykłą intensywnością, dzięki zastosowaniu więziennej grypsery, jako artystycznego środka wyrazu. Ponadto autor, z właściwą sobie brawurą, wprowadza do powieści odważne wątki seksualne rozgrywające się zarówno pod więzienną celą, jak i poza nią, co wyraźnie odróżnia tę prozę od wcześniejszych rodzimych produkcji poruszających tematykę więzienną. Owa wstrzemięźliwość twórców w tym aspekcie nie wynikała bynajmniej z obyczajowej pruderii, ale była konsekwencją najpierw czujnej, komunistycznej cenzury, a później autocenzury.

Fabuła jest tu sprawą drugorzędną, gdyż stanowi tylko tło dla głębszych, antropologicznych, socjologicznych i psychologicznych rozważań. Stasiuk patrzy na otaczający nas świat, na rządzące nim zasady i obowiązujące kryteria wartości z perspektywy grypsującego recydywisty. To, co widzi, jest lustrzanym odbiciem naszej moralnej i etycznej rzeczywistości. Jest to świat wartości na opak, w którym uczciwi ludzie są frajerami, a bandyci, kurwy i złodzieje, cwaniakami. Frajer jest przydatny o tyle, o ile cwaniak może go wykorzystać i okraść. Cwaniak nie hańbi się uczciwą pracą, gdyż ta jest dla frajerów. Złodziej uczy się tych zasad od dzieciństwa, a jego uniwersytetem często bywa zakład poprawczy.
Oczywiście zdecydowana większość z nas nie ma zielonego pojęcia o swej podrzędnej roli i gardzi złodziejami. Od najwcześniejszych lat gnębi ich przy pomocy represyjnego aparatu sprawiedliwości, pomiata nimi, kiedy meneleją, a na koniec wyrzuca poza nawias społeczeństwa. Cwaniakowanie ma też swoją cenę, a jest nią więzienie. Pewne, nieuchronne, długoletnie, wpisane w przeznaczenie złodzieja. Kto nie jest na nie gotów, nie jest prawdziwym cwaniakiem.

Więzienie jest miejscem, w którym następuje zamiana ról. Trafiają do niego zarówno cwaniaki jak i frajerzy (zdarza się, że pod jedną celą siedzi morderca i małolat, który buchnął komuś rower). Dotychczasowy parasol ochronny rozpięty nad frajerami na wolności przez aparat bezpieczeństwa znika i frajer zostaje skazany na łaskę i niełasce złodziei. Jeśli ma charakter i trochę szczęścia, przetrwa. Jeśli nie, w ekstremalnych przypadkach, zcwelony i zeszmacony, stanie się wrakiem ludzkiej egzystencji.

Stasiuk wprowadza do tego świata odrobinę, niepotrzebnego moim zdaniem, patosu i heroizmu. Mimo to główne przesłanie jest czytelne: recydywiści, prawdziwi ludzie - jak o sobie mówią, nie podlegają resocjalizacji, ba, gardzą nawet tymi, którzy żałują popełnionych grzechów i obiecują sobie poprawę. Prawdziwy człowiek kradnie, napada, oszukuje, zabija, a kiedy przyjdzie pora, płaci za to więzieniem, zaś wyrok ma być adekwatny do popełnionej przez niego zbrodni (pod celą nie pyta się współwięźnia, ile lat dostał, ale z jakiego paragrafu go zamknęli). Dla niego jest to naturalna kolej rzeczy, na którą się godzi i którą akceptuje (niezwykle sugestywnie oddaje to Jean Genet w swoim słynnym eseju „Dziecko przestępca”). Jest na to przygotowywany i kiedy trafia za kraty, nie rozpacza, nie histeryzuje, tylko dostosowuje się i układa sobie życie wedle panujących pod celą zasad. Jak mogłoby być inaczej, skoro niektórzy z nich spędzają pod celą większość swojego życia? Wiezienie jest dla nich czymś więcej niż domem, którego czasem nigdy nie mieli.


Książka Stasiuka powinna być lekturą obowiązkową w starszych klasach gimnazjum lub w pierwszych klasach liceum. Nie mam złudzeń, że ktoś pod jej wpływem zmieni swoje postępowanie, ale niech może chociaż zada sobie pytanie, czy aby na pewno jest odpowiednio przygotowany na spotkanie z ludźmi?

sobota, 31 stycznia 2015

SALADYN I KRUCJATY – Piotr Solecki


Tym razem spojrzenie na krucjaty i dżihad z perspektywy Arabów walczących z wojskami Franków, którzy najechali ich ziemie. Same krucjaty pokazane są w dużym skrócie, stanowiąc tylko tło dla wydarzeń rozgrywających się na obszarze Outremer, Bizancjum, Syrii i Egiptu.

Głównym tematem książki są dzieje wielkiego wodza islamu, Kurda Jusufa Ibn Ajjuba, który przeszedł do historii jako Salah ad-Din (Saladyn) co po arabsku znaczy „Prawy w wierze”. Dla islamu był tym, który rozbił armię krzyżowców, odbił z ich rąk Jerozolimę i zapoczątkował zmierzch Królestwa Jerozolimskiego. Dla chrześcijan był diabłem, którego imieniem nazwano specjalną, egzekwowaną z brutalną skutecznością dziesięcinę na rzecz krucjat (podatek Saladyna) i którym straszono małe dzieci na równo ze strasznym Herodem.

Autor, korzystając ze źródeł arabskich, prowadzi nas przez niezwykłe losy rodziny Ajjubich. którzy z kurdyjskich pasterzy zmuszonych do uchodźstwa z górskiej Armenii stali się jedną z najpotężniejszych dynastii wschodu, a najświetniejszy kwiat tego rodu, Saladyn, został sułtanem rozległego państwa arabskiego.

Tym co różni tę książkę od innych opisujących dzieje krucjat, jest perspektywa, dzięki której spoglądamy na krucjaty i walki o utrzymanie Outremer z punktu widzenia kronikarzy arabskich. To chyba jej największy atut, który pozwala poznać świat islamu zza kulis. Do tej pory, kiedy opisywano zmagania krzyżowców z Saracenami z zachodniego punktu widzenia, było tak, że potężne armie wschodu wyłaniały się w nicości na czas bitwy z łacinnikami, aby tuż po jej zakończeniu z powrotem w nicości zniknąć. W książce Soleckiego jest inaczej. Autor pokazuje ścieranie się różnych sił w skłóconym świecie islamu, czasem zabiegi dyplomatyczne, czasem krwawe wojny domowe, które w sposób decydujący wpływały na powodzenie lub klęskę podejmowanych akcji militarnych przeciwko krzyżowcom.

Solecki nie akceptuje dominującego wśród historyków i badaczy wizerunku Saladyna, jako postaci całym sercem oddanej dżihadowi, wspaniałomyślnej, hojnej i litościwej, który w sposób niezwykle pozytywny został odmalowany zarówno w kronikach powstałych za życia wodza, jak i we współczesnych opracowaniach. Autor cały czas neguje ten radosny pijar, poddając w wątpliwość motywy postępowania Saladyna. Solecki stawia tezę, że eksponowane przez historyków na przestrzeni wieków przywiązanie wodza islamu do dżihadu (czyli świętej wojny), było tylko tłem i pretekstem do prawdziwego celu Saladyna, jakim było zapoczątkowanie i utrzymanie się u władza nowej dynastii Ajjubich (w miejsce obalonych przez niego dynastii Fatymidów i Zengidów). Jako, że zrealizowanie pierwszego celu bez osiągnięcia drugiego (i vice versa) wydaje się absolutnie niemożliwe (obydwa są ze sobą nierozerwalnie związane), a racje za i przeciw tej teorii rozkładają się równo po obu stronach, o tym, czy przyznamy rację Soleckiemu, zadecydują szczegóły.

Solecki rozwija dalej swoją teorię argumentując, że mityczna hojność Saladyna także była podporządkowana nadrzędnemu celowi, jakim było dobro dynastii Ajjubich. Powtarza on wielokrotnie, że owa hojność nie była niczym innym, jak formą zinstytucjonalizowanej łapówki, mającej zapewnić i utrzymać lojalność sojuszników i podległych rodzinie Saladyna urzędników. Tylko jak w takim razie wytłumaczyć fakt, że cały gigantyczny majątek, a także wszystkie łupy wojenne zdobyty przez Saladyna po zajęciu Jerozolimy nakazał on rozdzielić wśród towarzyszących mu w wyprawie urzędników, oficerów i żołnierzy? Przecież istotą łapówki jest przekupowanie kluczowych dla osiągnięcia wybranego celu postaci, a nie całej armii (w takim przypadku jest to właśnie hojność). Solecki odmawia Saladynowi szczodrości, która jest jednym z podstawowych fundamentów rycerskości. Trudno mu się pogodzić z faktem, że Saracen miał jej w nadmiarze, natomiast dramatycznie brakowało jej rycerstwu Zachodniej Europy, które wręcz zasłynęło z niesłychanej chciwości.

Także miłosierdzie, które było atrybutem Saladyna, Solecki konsekwentnie deprecjonuje twierdząc, że nie była to cecha charakteru, ale zaleta bystrego umysłu, wynikająca z pragmatyzmu władcy i zrodzona z potrzeby permanentnego umacniania dynastii. Jako przykład autor podaje finansowe konsekwencje zdobycia Jerozolimy. Saladyn, w przeciwieństwie do krzyżowców siedemdziesiąt lat wcześniej, nie wyciął w pień mieszkańców miasta, lecz zagwarantował im przeżycie. Solecki uważa, że zrobił to, aby zarobić na okupie, a uzyskane w ten sposób pieniądze zainwestować w łapówki ku pożytkowi dynastii Ajjubich. To dlatego Saladyn miał przyjąć propozycję Balina. Rycerz ze skarbca królewskiego zapłacił śmieszną, zryczałtowaną kwotę w wysokości 30.000 dinarów za 18.000 jeńców.
Autor odmawia miłosierdzia Saladynowi nawet wówczas, gdy ten uwalnia beż żadnego okupu 2.000 osób w podeszłym wieku. Według autora był to czyn wyrachowany, gdyż ludzie ci i tak nie zapłaciliby okupu, a na niewolników się nie nadawali i na targu nikt nie dałby za nich złamanego grosza.
Nie jest to dla mnie przekonywujące. Dlaczego Saladyn uwolnił za darmo ludzi starszych, skoro mógł ich dodać do tej wielkiej ciżmy wykupionych przez Balina, a odjąć z niej tyle samo młodzieńców i dziewic?
Dlaczego w ogóle zgodził się na tak niski okup? Czyżby nie dlatego, że zdawał sobie sprawę, że Balin nie jest w stanie z królewskiego skarbca wyłożyć więcej? Czyż to nie jest miłosierdzie?

Przypomnijmy, że w identycznej sytuacji, kiedy Ryszard Lwie Serce zdobył Akrę, zażądał za trzy tysiące muzułmanów astronomicznego okupu w wysokości 100.000 dinarów, a kiedy wspomnianej kwoty nie otrzymał, kazał ściąć wszystkich jeńców jednego dnia, podczas pokazowej zbiorowej egzekucji.

Biorąc pod uwagę te i wiele innych faktów, nie przekonują mnie argumenty autora. Czasy krucjat były okrutne i krwawe, pełne niesprawiedliwości i przemocy, w których postępowanie Saladyna z pewnością było wyjątkiem od reguły. Na porządku dziennym były wtedy krwawe rzezie i nie da się zaprzeczyć, że częściej dopuszczali się ich chrześcijanie, zaś łaska okazywana ludności podbitych miast była rzadkością, którą z kolei częściej wyświadczali muzułmanie.
Zwyczaj hojnego obdarowywania sprzymierzeńców nie był na wschodzie niczym niezwykłym, a nawet można napisać, że taki był charakter polityki wschodnich władców. Pamiętamy choćby, z czasów I krucjaty, cesarza Aleksego I Komnena, który szokował baronów krucjatowych darowując im namioty pełne złota i kosztowności. Myślę, że Saladynowi nie tyle chodziło o dynastię Ajjubich (a na pewno nie w stopniu, jaki przypisuje mu Solecki) ile o utrzymanie w ryzach ogromnego imperium, jakie stworzył w stosunkowo krótkim czasie. To kosztowało, a przy jego niefrasobliwość w rozporządzaniu zawartością skarbca, z pewnością skutkowało chronicznym brakiem gotówki. Kiedy Saladyn umarł, w skarbcu zleziono tylko garść monet (garść w sensie dosłownym) i nawet na pogrzeb musiała zrzucić się jego rodzina. Mimo to Dynastia Ajjubich szybko nie upadła i jej kres, dopiero kilka pokoleń później, położyli Mamelucy w Egipcie i Mongołowie w Syrii.


Mimo, że nie zgadzam się z kilkoma poglądami autora, to uważam, że książka warta jest polecenia. Przenosi nas w świat Arabii, opływających w bogactwa wezyrów, kalifów i sułtanów, gdzie niemal namacalnie czujemy przepych i egzotykę wschodu.  

sobota, 24 stycznia 2015

MOTOR KUPIŁ DUSZAN – Dariusz Basiński



Choć niekiedy zdarza mi się, zazwyczaj w kontekście zawodowym, dokonać zakupu książki czy komiksu kierując się motywami innym niż własny gust, to niemal zawsze najpierw otwieram książkę i czytam z niej kilka krótkich fragmentów. Czasem wystarczy jeden rzut oka na jakieś zdanie, aby książka znalazła się w mojej bibliotece.

„(…) czasem nieporad trochę zagadu
czasem udany brak nieporadu (...)”

Cytat pochodzi z książki znanego z kabaretu „Munio” Dariusza Basińskiego, zatytułowanej „Motor kupił Duszan”. Jest to pięknie wydany, niezwykły zbiorek składający się z wierszy, prozy poetyckiej i pasków komiksowych. Fantastyczny, nieco groteskowy, miejscami nawet surrealistyczny język jest tym, co osobiście w literaturze lubię najbardziej. Poeta w posuniętej niemal do absurdu stylistycznej lapidarności masakruje nie tylko gramatykę języka polskiego, ale nawet poszczególne wyrazy, kastrując je z niepotrzebnych przyrostków i skazując nas na domyślanie się znaczeń dopiero w kontekście ich użycia (pozbawione go wyrazy, zatracają swoją tożsamość). Frazeologiczne fajerwerki w zderzeniu z oczywistością i namacalnością spraw codziennych, dają niezwykły, magiczny efekt. Trochę jak z bajki, trochę jak ze snu.
Jakby dla przeciwwagi proza poetycka, opisująca przygody Poffcernacego zawierające elementy fantastyczne, spisana jest najmniej udziwnionym językiem.

Jest oczywiste, że nie jest to książka dla każdego.

Nie jest to książka dla miłośników konkretu, koneserów realizmu czy pożeraczy fabuły. Na pewno nie jest to też pozycja przeznaczona dla czytelnika mającego sporadyczny kontakt z literaturą piękną (takiej osoby tomik ten z pewności nie zachęci, a może ostatecznie zniechęcić do czytania rodzimej poezji).


Ale nie jest to też książka wyłącznie dla wąskiego grona miłośników poezji. Dzięki humorowi, ironii (czasem podanych wprost, czasem dających się wychwycić między wierszami) zbiorek wychodzi daleko poza tę hermetyczną niszę i jest adresowany dla każdego miłośnika literatury pięknej. Jeśli ktoś z Was lubi językowe eksperymenty Lema (którego motto nie przypadkiem otwiera zbiorek), bądź też zachwycał się publikacjami Jerzego Afanasjewa (szczególnie zbiorkiem „Skąpani w deszczowej wannie”) koniecznie powinien sięgnąć po książkę Dariusza Basińskiego.

poniedziałek, 19 stycznia 2015

RYCERSTWO – Maurice Keen


Książkę tę czytałem z perspektywy prac nad komiksem o zakonie krzyżackim i jeśli pod tym kątem miałbym ją oceniać, to jej przydatność przy pracy nad scenariuszem jest niewielka.

Autor koncentruje się w niej głównie na przekazach literackich, takich jak: traktaty, średniowieczne romanse, poematy epickie, chansons de geste czy libri memoriales. Dominuje tu analiza świata fikcji literackiej, zaś udokumentowane fakty historyczne pozostają w cieniu, czasem całkowicie niknąc z pola widzenia. Nie ma to dla mnie większego znaczenia, kiedy rzecz dotyczy czasów karoliańskich czy okresu następującego tuż po nich, gdyż są one poza zakresem moich bezpośrednich zainteresowań (takie odmienne spojrzenie na narodziny rycerstwa, jest nawet interesujące i inspirujące). Jednakże, kiedy autor omawia tak ważne dla mnie aspekty, jak zaangażowanie rycerstwa w krucjaty, już po kilkudziesięciu stronach okazuje się, że ma on w tej materii niewiele do powiedzenia (ba, zdarzają mu się wpadki, jak choćby pomylenie Edessy z Odessą). W najważniejszym z mojego punktu widzenia rozdziale, pt.: „Rycerstwo a kościół i idea krucjatowa”, więcej wprowadza rozważań o Rycerzach Okrągłego Stołu i Świętym Grallu, niż o faktycznych korelacjach tych dwóch najważniejszych stanów średniowiecznej Europy i ich stosunku do wypraw krzyżowych.

Jedynym istotnym wątkiem „Rycerstwa” w kontekście krucjat, jest zwrócenie uwagi, że: „koncepcja krucjat umieszczona została w strukturze rycerskiej aktywności o quasi-rytualnym znaczeniu”. Idea ta wypływa wprost z „Księgi zakonu rycerskiego” Rajmunda Llull oraz, może nawet w większym stopniu, późniejszej „Księgi rycerstwa” Gotfryda de Chanry, i została tylko zaadoptowana na potrzeby ruchu krucjatowego. Według niej ostatecznym celem prawdziwego rycerza (soulverein preux), to znaczy takiego, który doskonali się przez cały czas i wciąż odnosi kolejne, coraz ważniejsze zwycięstwa, jest wyprawa do obcych krain w poszukiwaniu możliwości zdobywania nowych doświadczeń i doskonalenia się w sztuce wojennej.
Jest oczywiste, że warunek ten doskonale spełniały krucjaty.

Nie jest to idea nowa, ale podstawowym atrybutem „Rycerstwa” jest mocne jej zaakcentowanie i wysunięcie na plan pierwszy, przed wszystkie inne przyczyny motywujące jedenastowiecznych rycerzy do wzięcia krzyża.

Bogactwo przytaczanych źródeł literackich, które jest niewątpliwie zaletą tej książki, czasem staje się takeż jej wadą. Keen ma skłonność do zawiłego, pełnego naukowych terminów stylu (czasem na jednej stronie sąsiadują wyrazy z łaciny, niemieckiego i francuskiego) oraz do wielostronicowych, niewiele wnoszących do tematu, semantycznych dywagacji. Autor nie zachowuje też chronologii wykładu przemieszczając się beztrosko po odległych czasowo i geograficznie wydarzeniach w różnych zakątkach Europy. Jeśli dodać do tego irytujący, belfrowski nawyk częstego zwracania się bezpośrednio do czytelnika, lektura „Rycerstwa” nie należy do przyjemnych.

Oczywiście nie można wykluczyć, że książka jest skierowana do węższego kręgu odbiorców, niż się to na pierwszy rzut oka wydaje. Może być więc i tak, że dzięki zastosowanym zabiegom jest ona dla czytelnika lepiej zorientowanego w literaturze średniowiecza klarowniejsza i bogatsza w treści.

Jednak, „przypuszczam, że wątpię”, jak pisywał Wiech.