Powieść „Jestem komunistyczną babą!” Danu Lungu można określić mianem rumuńskiego „Przeminęło z wiatrem”, w której stary porządek świata zastępuje nowy, zaś wczorajsi beneficjenci w nowej rzeczywistości padają ofiarą ekonomicznego i społecznego regresu.
Bohaterka i jednocześnie narratorka powieści, Emilia Apostoae, wykorzystała szansę, jaką stworzył jej komunizm i z wiejskiej dzierlatki ugniatającej gołymi stopami kiziak (gnój), awansowa w okolice komunistycznej rumuńskiej klasy średniej. Z wiejskiej chaty bez elektryczności i kanalizacji przeniosła się do miasta, do mieszkania zakładowego ze wszelkimi wygodami, zaś darmową harówkę ponad siły na wsi zastąpiła dobrze płatną pracą w miejskim zakładzie wytwarzającym produkty na eksport (dzięki temu zarabiała dwa razy więcej niż inni robotnicy, co mniej więcej odpowiadało pensji kierownika działu). Na tle powszechnej biedy była wiec osobą zamożną i ustosunkowaną. Dzięki rozległym koneksjom wśród sobie podobnych, bez trudu zdobywała żywność i deficytowe wytwory współczesnej cywilizacji. Stać ją było na fryzjera, wykształcenie córki, drogie ubrania, enerdowskie kosmetyki, etc.
Mało efektywny system komunistycznej gospodarki sprzyjał bumelanctwu, złodziejstwu, bylejakości, kombinatorstwu, z których to atrybutów Emilia umiejętnie korzystała i za które nikt nie ponosił odpowiedzialności, oprócz samego systemu rzecz jasna, który z tych i wielu innych przyczyn nieuchronnie zmierzał ku zagładzie.
Kiedy dopełniła się ustrojowa apokalipsa zamknięto nierentowne zakłady, likwidując przy okazji miejsce pracy naszej bohaterki i skazując ją na egzystencję w biedzie i niedostatku. Emilia, podobnie jak panowie byłych niewolników, nie może odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Jej spryt, ambicja, zapał, odwaga i pracowitość, dzięki którym w czasach komunizmu dokonał się jej awans społeczny, gdzieś znika. Autor nie wyjaśnia, co się z nimi stało, dlaczego w kapitalizmie bohaterce zabrakło tej odrobiny przedsiębiorczości, która popchnęła jej koleżankę do zainwestowania we własny biznes. A nowe czasy rodzą nowych bohaterów, patrzących w przyszłość, harujących od świtu do zmierzchu, którzy po całym dniu pracy padają nieprzytomni ze zmęczenia, ale szczęśliwi, gdyż wreszcie mają swój los we własnych rękach.
Zamiast tego Emilia śni o przywróceniu starego porządku. Ma świadomość, że innym wcześniej było gorzej, ale jej ocena rzeczywistości jest czysto subiektywna. Nie obchodzą ją tamci “inni”, ale sytuacja obecna, dzień dzisiejszy, w którym to ona jest tą “inną”, wegetującą na marginesie życia.
Dan Lungu stara się przedstawić obie rzeczywistości, tę sprzed i po roku 1989 w sposób wierny i obiektywny, przytaczając fakty i opisując zdarzenia z dystansem, bez nadmiernego emocjonalnego zaangażowania,. Być może to jest przyczyną, że tę niewielką objętościowo książeczkę czytałem przeszło tydzień, co kilka zdań odkładając ją i powracając myślami do wczesnej młodości, do czasów które on opisuje, a opisana przez niego rzeczywistość miejscami wiernie pokrywa się z rzeczywistością znaną mi z autopsji.
I to jest chyba największą zaletą tej książki, ów postsocjalistyczny uniwersalizm zamknięty w granicach byłej sowieckiej strefy dominacji, będący jednocześnie jej największą wadą, gdyż nie może być zrozumiały przez mieszkańców innych części świata, nie wyposażonych w zasobny bagaż wspólnych doświadczeń, niezbędnych dla prawidłowej percepcji powieści.
Pisarz miejscami ociera się o geniusz, jak choćby w scenie rozmowy obcych sobie kobiet, których wspólnym tematem jest strach przed pójściem ich pociech do czwartej klasy, „bo w niej jest przecież tyle nowych przedmiotów”. To zdumiewające, ale nigdzie indziej w literaturze nie znalazłem tego lęku ujętego w słowa, choć trauma ta towarzyszy chyba każdemu rodzicowi, bez względu na szerokość i długość geograficzna. A przecież nie od dziś wiadomo, że o wielkości pisarza świadczy umiejętność ujęcia w uporządkowane zdania tego, co nam wszystkim błąka się bezwładnie po głowach.
(Tekst pierwotnie opublikowany w "Magazynie Fantastycznym").
niedziela, 10 maja 2015
środa, 8 kwietnia 2015
"KSENOCYD" - Orson Scott Card
„Ksenocyd” jest trzecią częścią
cyklu o Enderze ksenobójcy. Niestety, po dwóch pierwszych,
absolutnie wspaniałych, słusznie obsypanych najważniejszymi
branżowymi nagrodami, dostaliśmy literaturę przeciętną, ledwie
zjadliwą, nudną.
Autor konsekwentnie rozwija fabułę
drobiazgowo uzupełniając wykreowane w „Mówcy umarłych”
uniwersum oraz wprowadzając nowe idee, jednakże już od początku
widzimy wielką przepaść dzielącą „Ksenocyd” od poprzednich
części cyklu. Jest on przede wszystkim przegadany i niemiłosiernie
rozciągnięty (niektóre wydarzenia, myśli i refleksje są
powtarzane niczym dialogi w kolejnych scenach wenezuelskiej
telenoweli).
W fiction zabrakło wiarygodności
kreowanej iluzji, zaś science zostało utopione w mało oryginalnym,
mało przekonywującym, a miejscami wręcz infantylnym,
pseudonaukowym bełkocie (np.: o ile w dwóch pierwszych tomach cyklu
podróże w kosmosie z prędkością podświetlną były dla autora
atrakcyjne, a w „Mówcy Umarłych” efekty relatywistyczne miały
wręcz swój znaczący wpływ na kreowanie akcji, o tyle w
„Ksenocydzie” stały się ciężarem – więc do popchnięcia
fabuły Card nie zawahał się użyć banalnego i kompletnie
niewiarygodnego sposobu przekroczenia prędkości światła).
Różnica między dwoma pierwszymi
tomami cyklu a „Ksenocydem” jest taka, jak między wysokiej próby
artyzmem, a zaledwie poprawnym rzemiosłem. Nikomu nie polecam tej
książki.
czwartek, 26 marca 2015
"MÓWCA UMARŁYCH" - Orson Scott Card
Ostatnią powieść stricte science-fiction przeczytałem dziesięć lat temu. I pewnie nie sięgnąłbym
po ten gatunek przez kolejne dziesięć lat, gdyby znajomy rysownik
komiksowy (współtwórca kultowej serii science fiction
„Biocosmosis”) nie polecił mi audiobooka Orsona Scotta Carda,
pt. „Mówca Umarłych”. Zazwyczaj ten rodzaj kontaktu z lekturą
rezerwuję dla pozycji, które już kiedyś czytałem, lecz w tym
przypadku zrobiłem wyjątek. W końcu kiedyś czytałem pierwszą,
sfilmowaną niedawno część cyklu, pt. „Gra Endera” więc jej
kontynuację potraktowałem jako coś częściowo znajomego.
Akcja powieści rozpoczyna się trzy
tysiące lat po ksenocydzie, którego młody Ender dopuścił się na
robalach. Zagłada całego gatunku inteligentnych istot nie
przyniosła mu chwały, a wprost przeciwnie. Kiedy ludzkość
dowiedziała się prawdy o robalach (z dzieła „Królowa
Kopca”), zaczęła współczuć
robalom, a on stał się największym zbrodniarzem w dziejach
ludzkości.
Nieustannie przemieszczając się z
prędkością podświetlną, dzięki efektom relatywistycznym,
Andrew Wiggin wciąż pozostawał młodym, zaledwie
trzydziestosześcioletnim mężczyzną, który dostał szansę
okupienia swej zbrodni. Odnalazł i zabrał ze sobą ostatnią we
wszechświecie królową kopca, dla której w tajemnicy przed resztą
świata, przez trzy tysiące lat, na dziesiątkach planet, szukał
dogodnego miejsca do odtworzenia gatunku. Wreszcie szczęście
uśmiechnęło się do niego i został wezwany na Lusitanię, by
mówić o śmierci trzech osób. Jego zgoda na daleki lot miała
także dodatkowy, pozaludzki wymiar. Na planecie żyły
ssakokształtne inteligentne istoty zwane przez ludzi „porquinhos”
czyli prosiaczki. Porquinhos dzięki tajemniczemu, inteligentnemu
wirusowi zwanym deskoladą, po fizycznej śmierci odżywały w formie
drzewa, by stać się ojcami kolejnych pokoleń porquinhos. Deskolada
zabiła na planecie wszelkie życie z wyjątkiem kilku gatunków,
które przekształciła w symbiotyczne pary. Zabiła także wielu
ludzi, a pozostałych skazała na życie w stanie nieustannego
zagrożenia.
Ale to nie koniec niezwykłych pomysłów
autora. W międzyplanetarnej sieci ansibli, pomiędzy którymi
informacja rozprzestrzenia się z prędkością myśli, pośród
gąszczy połączeń filotycznych i setek tysięcy komputerów na stu
światach, żyła kolejna obca, niezwykle inteligentna istota, Jane.
Ender musi zmierzyć się nie tylko z
zagadką niezwykłej reinkarnacji prosiaczków, posępną tajemnicą
zabójczej deskolady, narastającą presją pragnącej nowego życia
królowej kopca, kapryśnym geniuszem wirtualnej Jane, ale i z
codziennymi troskami ludzkiej kolonii na Lusitanii oraz osobistymi,
skomplikowanymi relacjami z genialną rodziną Ribejrów, A wszystko
to jest tylko punktem wyjścia dla filozoficznych i antropologicznych
rozważań na temat ludzkiej natury.
Książka jest intrygująca,
wciągająca, inteligentna. Trzyma w napięciu od pierwszej do
ostatniej strony. Card po mistrzowsku wprowadza nas w świat swej
iluzji, zasypuje pomysłami, gmatwa fabułę, czasem tylko dając
odetchnąć jakimś nieoczekiwanym zwrotem akcji. Choć niekiedy
strony powieści trącą patosem i sentymentalizmem, to iluzja
wykreowanego przez autora uniwersum ani na chwile nie przestaje być
dla nas wiarygodna. Dla mnie świadczy to o prawdziwym mistrzostwie i
wielkości pisarza.
Pochwały należą się także osobie
czytającego, Rochowi Siemianowskiemu. Wykonał perfekcyjną pracę,
i to dzięki niemu powieść nabrała specyficznego, subtelnego
smaku.
„Mówca Umarłych”, to perła literatury science-fiction. Książka ta, podobnie jak pierwszy tom
cyklu „Gra Endera”, zdobyła dwie najważniejsze dla literatury
fantastycznej nagrody: Hugo i Nebulę. Polecam ją każdemu
czytelnikowi, a szczególnie tym, którzy z literaturą science
fiction mają sporadyczny kontakt. Nie wiem czy książka ta zmusi
Was do sięgnięcia po kolejne pozycje z gatunku, ale z pewnością
nikogo nie rozczaruje.
czwartek, 12 marca 2015
„Życie. Powieść graficzna” - Yoshihiro Tatsumi
„Życie. Powieść graficzna” to
komiks autobiograficzny Yoshihiro Tatsumiego, japońskiego twórcy
mangi i podwójnego laureata nagrody Eisnera (komiksowego
odpowiednika literackiego Nobla). Tatsumi przeszedł do historii
japońskiej popkultury jako twórca gekigi, odłamu mangi
przeznaczonej dla dorosłego czytelnika, której odpowiednikiem w
naszym kręgu kulturowym jest komiks określany terminem „powieść
graficzna”. Narodzinom gekigi poświęcone są spore fragmenty tego
komiksu.
Tatsumi opowiada o swoim życiu
skupionym głównie wokół tworzenia mangi. Tematem dominującym w
komiksie jest pracy nad kolejnymi historiami, zaś w tle pojawiają
się wątki poboczne, takie jak życie prywatne bohatera i jego
relacje z rodziną, współpraca z wydawcami przy produkcji albumów
autorskich i magazynów mangowych, interakcje zachodzące między
twórcami, redaktorami i wydawcami mang, a także sporadyczne
doświadczenia seksualne bohatera z kobietami.
Opowieść zaczyna się wraz z
zakończeniem wojny. Później kolejno snuje się przez niedostatek
lat powojennych i entuzjazm pierwszych symptomów ożywienia
gospodarczego. Kończy się unikalną w skali globalnej gospodarczą
prosperitą i ogromnym skokiem cywilizacyjnym Japonii. Równolegle z
rozwojem Japonii, rozwija się także kariera zawodowa bohater
opowieści. Z fascynata tworzącego ręcznie rysowane ziny mangowe,
poprzez współautora pierwszych wysokonakładowych magazynów
publikujące krótkie historie, aż po redaktora tytułów kreujących
japoński rynek mangowy.
Temat wydaje się idealny, to wręcz
samograj o potencjale zdolnym zainteresować nie tylko fana
japońskiego komiksu, ale także czytelnika zajmującego się szeroko
pojmowaną popkulturą.
Niestety, rozciągnięta na 830 stron
opowieść jest przeraźliwie nudna, monotonna, wręcz
klaustrofobiczna. Postacie komiksu są płaskie, pozbawione głębi,
bezbarwne, a ich życie jawi się jako niewiarygodnie puste. Autor
nie pokusił się też o głębsze analizy motywów ich postępowania
oraz uwarunkowań dokonywanych przez nich artystycznych wyborów i
życiowych postaw. Nie zadbał także o głębsze zróżnicowanie
psychologiczne postaci, przez co wszystkie są do siebie podobne,
różne tylko w mało istotnych szczegółach, a co najgorsze,
wszystkie są w równym stopniu nijakie. Czy jest to „życie”
ukazane jedynie w kontekście twórczości komiksowej? Czy istnieje
poza nim jakieś inne „życie” bohatera, bogatsze w barwy, emocje
i wymiary? Autor nie udziela nam w tej kwestii żadnych wskazówek.
Aby poszerzyć horyzont czytelnika i
dać mu możliwość głębszego zrozumienia wydarzeń opowiedzianych
w komiksie, Tsunami od czasu do czasu ilustruje ważne momenty w
historii i kulturze Japonii. Skrupulatnie odnotowuje przełomowe
wydarzenia historyczne, pojawienie się kultowych postaci popkultury,
premiery istotnych dzieł filmowych, literackich (w komiksie
pojawiają się dziesiątki, może nawet setki nazwisk twórców
mangi i tytuły ich dzieł) i muzycznych. Ale te wszystkie informacje
są jakby zawieszone w próżni i nijak nie przekładają się na
lepszą percepcję komiksu. Czytelnik nie ma pojęcia czy miały one
jakikolwiek wpływ na życie bohatera powieści i w jakim stopniu (i
czy w ogóle) oddziaływały na jego twórczość, czy też posłużyły
autorowi wyłącznie do odmierza mijającego czasu w atrakcyjny
sposób.
Dużym plusem komiksu, jest możliwość
wglądu w realia życia codziennego twórcy mangi. Dowiadujemy się z
niego, że początkujący artysta już na początku swojej kariery
zawodowej otrzymywał całkiem przyzwoite wynagrodzenie za swoją
pracę (a działo się to na początku lata pięćdziesiątych
minionego wieku), zaś artysta z pewnym dorobkiem, z rozpoznawalnym w
środowisku nazwiskiem, mógł ze swej profesji utrzymać siebie i
swoją rodzinę. Z punktu widzenia polskiego twórcy komiksów, to
właśnie jest chyba najbardziej niezwykłe i egzotyczne w całym
komiksie.
Komiks Yoshihiro Tatsumiego nie urzekł
mnie, ale i specjalnie nie rozczarował. Adresowany jest wyłącznie
do zatwardziałych komiksowych nerdów i nikomu innemu go nie
polecam.
piątek, 27 lutego 2015
DRUGA KRUCJATA – Jonathan Phillips
Druga krucjata nie zakończyła się
sukcesem, jak pierwsza i nie miała takiego rozmachu, jak trzecia.
Nie obrosła też w legendy, a jej uczestników nie opromieniła
chwałą ani nie uczyniła bogatymi. Spowodowała więcej szkód dla
chrześcijańskiego świata niż przyniosła pożytku. Dlatego
kronikarze nie poświecili jej zbyt wiele miejsca, wstydliwie
zamiatając pod dywan historii. Byłem więc zdumiony, kiedy
zobaczyłem na półce księgarni dość opasłą książkę
Jonathana Phillipsa, pt. „Druga krucjata”, z intrygującym
podtytułem „Rozszerzanie granic chrześcijaństwa”.
Tajemnica podtytułu wyjaśniała się
już we wstępie do tej monumentalnej monografii. Phillips zalicza do
drugiej krucjaty nie tylko wyprawę Henryka VII i Konrada III do
Lewantu (z lizbońskim epizodem Anglonormanów) w celu odbicia
opanowanej przez Nur ad-Dina Edessy, ale także krucjatę bałtycką
i krucjatę iberyjską. Wszystkie te kampanie autor podciąga pod II
krucjatę, gdyż wszystkie uzyskały prawa i przywileje wynikające
bezpośrednio z bulli papieskiej „Quantum praedecessores” papieża
Eugeniusza III. Oczywiście poszerzenie obszaru zainteresowań o te
dwie kampanie, ma znaczący wpływ na objętość tekstu.
Początkowe rozdziały nie nastrajają
optymistycznie. Rozwlekły, drobiazgowy, zagmatwany styl autora, w
połączeniu z zaciemniającą obraz manierą streszczania materiału,
który ma być omawiany szerzej w kolejnych rozdziałach książki,
wprowadza spory zamęt i utrudnia lekturę. Na szczęście z każdym
kolejnym rozdziałem jest coraz lepiej, i wraz z przejściem do
właściwego tematu, jakim są przygotowania do krucjaty i sam jej
przebieg, styl autora staje się jasny i klarowny.
Jednym z najmocniejszych punktów
dzieła Phillipsa jest wnikliwy, obszerny i wręcz fascynujący obraz
przygotowań do krucjaty prowadzony przez cały chrześcijański
Zachód, ze szczególnym uwzględnieniem najbardziej niezwykłej
postać tamtych czasów, opata klasztoru cystersów, Bernarda z
Clairvaux. Ten kontrowersyjny duchowny, poczynając od zjazdu
możnowładców i duchowieństwa w Vezelay (będącego tym dla
drugiej krucjaty, czym dla pierwszej było sobór w Clermont) aż do
jej wyruszenia, przemierzył ogromne połacie zachodniej Europy,
namawiając rycerstwo i ludzi pośledniejszych stanów do wzięcia
krzyża. Pieczołowitość i skrupulatność autora w dochodzeniu
przyczyn i motywów przyłączenia się do krucjaty zarówno
najważniejszych uczestników wyprawy, jak i prostych ludzi,
zasługują na największy szacunek.
Podobnie zachwyca przytłaczająca
ilość faktów dotycząca logistyki wyprawy, sposobów i źródeł
jej finansowania, a także pochodzenia jej uczestników. W dążeniu
do prawdy autor nie ogranicza się wyłącznie do czerpania ze źródeł
historycznych, ale chętnie sięga po dzieła literackie, i to
zarówno pisarzy chrześcijańskich jak i muzułmańskich.
W kwestii samej krucjaty w Outremer nie
dowiadujemy się niczego, czego nie wiedzielibyśmy do tej pory, z
jednym wszakże wyjątkiem. Większość historyków, a przynajmniej
tych, z którymi poglądami miałem okazje się zapoznać, uważała
poniechanie ataku na Aleppo i Szajzar oraz skierowanie potencjału
krucjaty na Damaszek, za ogromny, granicząc wręczy z głupotą
błąd, który w konsekwencji doprowadził do porażki krucjaty.
Phillips staje po stronie mniejszości, która uważała ten manewr
za uzasadniony w perspektywie potencjalnego sojuszu Nur ad-Dina z
Unurem, mogącego położyć kres całemu Outremer. Choć nie jest to
idea nowa, to w jego wykonaniu bardzo przekonywująca.
Duży plus należy się też autorowi
za wnikliwe przedstawienie pierwszych akcji chrystianizacji Słowian
oraz za opis krucjaty iberyjskiej, której zwycięstwa militarne,
takie jak zajęcie Lizbony i Tortosy, były jedynymi trwałymi
zdobyczami II krucjaty.
piątek, 20 lutego 2015
JEZUS OŚMIESZONY – Leszek Kołakowski
„Jezus ośmieszony”, to napisany w
połowie lat osiemdziesiątych esej, „apologetyczny i sceptyczny”,
nigdy przez autora nie ukończony, a znaleziony w jego archiwum i
wydany obecnie. Głównym tematem eseju jest próba opisania
znaczenia osoby Jezusa Chrystusa, jako postaci mitycznej oraz
poszukiwanie śladów jego uniwersalnego przesłania w czasach
współczesnych.
Kołakowskiego nie interesują
dywagacje na temat natury Chrystus, gdyż traktuje go jako element
składowy cywilizacji europejskiej, jako mit, w który przez stulecia
wierzono i poprzez pryzmat którego postrzegano rzeczywistość.
Osobiście w boskość Jezusa (podobnie jak w jakąkolwiek boskość)
nigdy nie wierzyłem. Nigdy też nie miałem większego szacunku dla
Jezusa, jako postaci historycznej i zawsze postrzegałem go jako
religijnego ekstremistę, radykała pragnącego jedną religia
zastąpić inną, jeszcze bardziej ortodoksyjną i wymagającą
większych poświęceń.
Dlatego potraktowanie tematu bardziej z
perspektywy socjologicznej niż religijnej, jest dla mnie całkowicie
do przyjęcia. Niestety, owa deklarowana neutralność
światopoglądowa szybko została zastąpiona indoktrynacją religijną
(czytając książkę kilkakrotnie sprawdzałem nazwisko na okładce,
aby się upewnić, czy przypadkiem nie pomyliłem autora).
Książka jest też podsumowaniem obecnych w kulturze trendów zmierzających do pogodzenia rzeczy z
natury nie do pogodzenia, czyli religii i nauki (wielowiekowe
doświadczenie uczy nas, że oba te zbiory nie mają części
wspólnych i religia zaczyna się tam, gdzie kończy się nauka).
Filozof przytacza przy tym nienową,
ale niezwykle irytującą tezę głoszącą, że skoro nauka nie może
udowodnić nieistnienia Boga i nie ma żadnego dowodu na to, że Boga
nie ma, to znaczy, że nauka wierzy, że on nie istnieje.
Czyli nauka w swej niewierze zostaje zrównana z religią w swej
wierze.
A przecież nauka nie jest od
udowadnianie nieistnienia bogów, obecności stad różowych słoni
na niewidocznej stronie Księżyca czy lewitujących, tybetańskich
mnichów. Dlaczego wierzącym się wydaje, że z formalnego punktu
widzenia udowodnienie nieistnienia Boga jest czymś ważniejszym, niż
udowodnienie nieistnienia elfa czy wikołaka? Brak wiary w istnienie Boga
wynika z osobistych doświadczeń miliardów ludzi na całym świecie,
którzy nigdy żadnego Boga nie widzieli. Nikt nie przedstawił też
żadnych dowodów na jego istnienie (podobnie jak nie udowodniono
istnienia elfa, lewitującego tybetańskiego mnicha, czy stada
różowych słoni na niewidocznej stronie Księżyca).
Wierzący odwracają więc kolej rzeczy i sami nie znajdując żadnego
dowodu na istnienie Boga, każą nam szukać dowodu na jego
nieistnienie, Śmieszne to i żałosne zarazem.
W nauce nie ma miejsca dla Boga, a
naszym naturalnym stanem jest brak wiary W milionach wzorów,
twierdzeń i definicji (matematycznych, fizycznych, chemicznych,
biologicznych) według których funkcjonuje coraz lepiej poznany
wszechświat, nie ma żadnej stałej transcendentnej, żadnego
współczynnika boskości czy liczby Boga. Mimo to świat opisany
tymi wzorami działa doskonale, a zbudowane dzięki współczesnej
nauce i nowoczesnej technologii urządzenia odmieniają nasze życie
w stopniu, jaki nie śnił się nawet największym filozofom.
środa, 4 lutego 2015
MURY HEBRONU - Andrzej Stasiuk
Przemierzając przepaściste otchłanie
internetu natrafiłem na forumową dyskusję, w której wykształceni
(bądź kształcący się jeszcze), wrażliwi, zamożni, młodzi
ludzie z dobrych domów, zasuwali grypserą z łatwością starej
recydywy. Z ciekawości prześledziłem wątek i szybko natrafiłem na
krynicę owej wiedzy, książkę Andrzeja Stasiuka, „Mury Hebronu”.
Fabuła powieści jest niezwykle
prosta, wydaje się być wręcz kompilacją dwóch znanych utworów:
łotrzykowskiej powieści o tematyce więziennej „Co jest za tym
murem” Jacka Stwora i filmu „Nie zaznasz spokoju” w reżyserii
Mieczysława Waśkowskiego. Świat git-ludzi, dla większości z nas
egzotyczny i zupełnie nieznany, w powieści Stasiuka ożywa z
niezwykłą intensywnością, dzięki zastosowaniu więziennej
grypsery, jako artystycznego środka wyrazu. Ponadto autor, z
właściwą sobie brawurą, wprowadza do powieści odważne wątki
seksualne rozgrywające się zarówno pod więzienną celą, jak i
poza nią, co wyraźnie odróżnia tę prozę od wcześniejszych
rodzimych produkcji poruszających tematykę więzienną. Owa
wstrzemięźliwość twórców w tym aspekcie nie wynikała
bynajmniej z obyczajowej pruderii, ale była konsekwencją najpierw
czujnej, komunistycznej cenzury, a później autocenzury.
Fabuła jest tu sprawą drugorzędną,
gdyż stanowi tylko tło dla głębszych, antropologicznych,
socjologicznych i psychologicznych rozważań. Stasiuk patrzy na
otaczający nas świat, na rządzące nim zasady i obowiązujące
kryteria wartości z perspektywy grypsującego recydywisty. To, co
widzi, jest lustrzanym odbiciem naszej moralnej i etycznej
rzeczywistości. Jest to świat wartości na opak, w którym uczciwi
ludzie są frajerami, a bandyci, kurwy i złodzieje, cwaniakami.
Frajer jest przydatny o tyle, o ile cwaniak może go wykorzystać i
okraść. Cwaniak nie hańbi się uczciwą pracą, gdyż ta jest dla
frajerów. Złodziej uczy się tych zasad od dzieciństwa, a jego
uniwersytetem często bywa zakład poprawczy.
Oczywiście zdecydowana większość z
nas nie ma zielonego pojęcia o swej podrzędnej roli i gardzi
złodziejami. Od najwcześniejszych lat gnębi ich przy pomocy
represyjnego aparatu sprawiedliwości, pomiata nimi, kiedy meneleją,
a na koniec wyrzuca poza nawias społeczeństwa. Cwaniakowanie ma też
swoją cenę, a jest nią więzienie. Pewne, nieuchronne,
długoletnie, wpisane w przeznaczenie złodzieja. Kto nie jest na nie
gotów, nie jest prawdziwym cwaniakiem.
Więzienie jest miejscem, w którym
następuje zamiana ról. Trafiają do niego zarówno cwaniaki jak i
frajerzy (zdarza się, że pod jedną celą siedzi morderca i
małolat, który buchnął komuś rower). Dotychczasowy parasol
ochronny rozpięty nad frajerami na wolności przez aparat
bezpieczeństwa znika i frajer zostaje skazany na łaskę i niełasce
złodziei. Jeśli ma charakter i trochę szczęścia, przetrwa. Jeśli
nie, w ekstremalnych przypadkach, zcwelony i zeszmacony, stanie się
wrakiem ludzkiej egzystencji.
Stasiuk wprowadza do tego świata
odrobinę, niepotrzebnego moim zdaniem, patosu i heroizmu. Mimo to
główne przesłanie jest czytelne: recydywiści, prawdziwi ludzie -
jak o sobie mówią, nie podlegają resocjalizacji, ba, gardzą
nawet tymi, którzy żałują popełnionych grzechów i obiecują
sobie poprawę. Prawdziwy człowiek kradnie, napada, oszukuje,
zabija, a kiedy przyjdzie pora, płaci za to więzieniem, zaś wyrok
ma być adekwatny do popełnionej przez niego zbrodni (pod celą nie pyta się współwięźnia, ile lat dostał, ale z jakiego paragrafu go zamknęli). Dla niego jest
to naturalna kolej rzeczy, na którą się godzi i którą akceptuje
(niezwykle sugestywnie oddaje to Jean Genet w swoim słynnym eseju
„Dziecko przestępca”). Jest na to przygotowywany i kiedy trafia
za kraty, nie rozpacza, nie histeryzuje, tylko dostosowuje się i
układa sobie życie wedle panujących pod celą zasad. Jak mogłoby
być inaczej, skoro niektórzy z nich spędzają pod celą większość
swojego życia? Wiezienie jest dla nich czymś więcej niż domem,
którego czasem nigdy nie mieli.
Książka Stasiuka powinna być lekturą
obowiązkową w starszych klasach gimnazjum lub w pierwszych klasach
liceum. Nie mam złudzeń, że ktoś pod jej wpływem zmieni swoje
postępowanie, ale niech może chociaż zada sobie pytanie, czy aby
na pewno jest odpowiednio przygotowany na spotkanie z ludźmi?
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)






