piątek, 27 lutego 2015

DRUGA KRUCJATA – Jonathan Phillips


Druga krucjata nie zakończyła się sukcesem, jak pierwsza i nie miała takiego rozmachu, jak trzecia. Nie obrosła też w legendy, a jej uczestników nie opromieniła chwałą ani nie uczyniła bogatymi. Spowodowała więcej szkód dla chrześcijańskiego świata niż przyniosła pożytku. Dlatego kronikarze nie poświecili jej zbyt wiele miejsca, wstydliwie zamiatając pod dywan historii. Byłem więc zdumiony, kiedy zobaczyłem na półce księgarni dość opasłą książkę Jonathana Phillipsa, pt. „Druga krucjata”, z intrygującym podtytułem „Rozszerzanie granic chrześcijaństwa”.

Tajemnica podtytułu wyjaśniała się już we wstępie do tej monumentalnej monografii. Phillips zalicza do drugiej krucjaty nie tylko wyprawę Henryka VII i Konrada III do Lewantu (z lizbońskim epizodem Anglonormanów) w celu odbicia opanowanej przez Nur ad-Dina Edessy, ale także krucjatę bałtycką i krucjatę iberyjską. Wszystkie te kampanie autor podciąga pod II krucjatę, gdyż wszystkie uzyskały prawa i przywileje wynikające bezpośrednio z bulli papieskiej „Quantum praedecessores” papieża Eugeniusza III. Oczywiście poszerzenie obszaru zainteresowań o te dwie kampanie, ma znaczący wpływ na objętość tekstu.

Początkowe rozdziały nie nastrajają optymistycznie. Rozwlekły, drobiazgowy, zagmatwany styl autora, w połączeniu z zaciemniającą obraz manierą streszczania materiału, który ma być omawiany szerzej w kolejnych rozdziałach książki, wprowadza spory zamęt i utrudnia lekturę. Na szczęście z każdym kolejnym rozdziałem jest coraz lepiej, i wraz z przejściem do właściwego tematu, jakim są przygotowania do krucjaty i sam jej przebieg, styl autora staje się jasny i klarowny.

Jednym z najmocniejszych punktów dzieła Phillipsa jest wnikliwy, obszerny i wręcz fascynujący obraz przygotowań do krucjaty prowadzony przez cały chrześcijański Zachód, ze szczególnym uwzględnieniem najbardziej niezwykłej postać tamtych czasów, opata klasztoru cystersów, Bernarda z Clairvaux. Ten kontrowersyjny duchowny, poczynając od zjazdu możnowładców i duchowieństwa w Vezelay (będącego tym dla drugiej krucjaty, czym dla pierwszej było sobór w Clermont) aż do jej wyruszenia, przemierzył ogromne połacie zachodniej Europy, namawiając rycerstwo i ludzi pośledniejszych stanów do wzięcia krzyża. Pieczołowitość i skrupulatność autora w dochodzeniu przyczyn i motywów przyłączenia się do krucjaty zarówno najważniejszych uczestników wyprawy, jak i prostych ludzi, zasługują na największy szacunek.
Podobnie zachwyca przytłaczająca ilość faktów dotycząca logistyki wyprawy, sposobów i źródeł jej finansowania, a także pochodzenia jej uczestników. W dążeniu do prawdy autor nie ogranicza się wyłącznie do czerpania ze źródeł historycznych, ale chętnie sięga po dzieła literackie, i to zarówno pisarzy chrześcijańskich jak i muzułmańskich.

W kwestii samej krucjaty w Outremer nie dowiadujemy się niczego, czego nie wiedzielibyśmy do tej pory, z jednym wszakże wyjątkiem. Większość historyków, a przynajmniej tych, z którymi poglądami miałem okazje się zapoznać, uważała poniechanie ataku na Aleppo i Szajzar oraz skierowanie potencjału krucjaty na Damaszek, za ogromny, granicząc wręczy z głupotą błąd, który w konsekwencji doprowadził do porażki krucjaty. Phillips staje po stronie mniejszości, która uważała ten manewr za uzasadniony w perspektywie potencjalnego sojuszu Nur ad-Dina z Unurem, mogącego położyć kres całemu Outremer. Choć nie jest to idea nowa, to w jego wykonaniu bardzo przekonywująca.

Duży plus należy się też autorowi za wnikliwe przedstawienie pierwszych akcji chrystianizacji Słowian oraz za opis krucjaty iberyjskiej, której zwycięstwa militarne, takie jak zajęcie Lizbony i Tortosy, były jedynymi trwałymi zdobyczami II krucjaty.

Dzieło Phillipsa, może poza kilkoma pierwszymi rozdziałami, z pewnością jest warte przeczytania i polecenia każdemu fascynatowi historii średniowiecza i ruchu krucjatowego.

piątek, 20 lutego 2015

JEZUS OŚMIESZONY – Leszek Kołakowski


„Jezus ośmieszony”, to napisany w połowie lat osiemdziesiątych esej, „apologetyczny i sceptyczny”, nigdy przez autora nie ukończony, a znaleziony w jego archiwum i wydany obecnie. Głównym tematem eseju jest próba opisania znaczenia osoby Jezusa Chrystusa, jako postaci mitycznej oraz poszukiwanie śladów jego uniwersalnego przesłania w czasach współczesnych.

Kołakowskiego nie interesują dywagacje na temat natury Chrystus, gdyż traktuje go jako element składowy cywilizacji europejskiej, jako mit, w który przez stulecia wierzono i poprzez pryzmat którego postrzegano rzeczywistość. Osobiście w boskość Jezusa (podobnie jak w jakąkolwiek boskość) nigdy nie wierzyłem. Nigdy też nie miałem większego szacunku dla Jezusa, jako postaci historycznej i zawsze postrzegałem go jako religijnego ekstremistę, radykała pragnącego jedną religia zastąpić inną, jeszcze bardziej ortodoksyjną i wymagającą większych poświęceń.
Dlatego potraktowanie tematu bardziej z perspektywy socjologicznej niż religijnej, jest dla mnie całkowicie do przyjęcia. Niestety, owa deklarowana neutralność światopoglądowa szybko została zastąpiona indoktrynacją religijną (czytając książkę kilkakrotnie sprawdzałem nazwisko na okładce, aby się upewnić, czy przypadkiem nie pomyliłem autora).

Książka jest też podsumowaniem obecnych w kulturze trendów zmierzających do pogodzenia rzeczy z natury nie do pogodzenia, czyli religii i nauki (wielowiekowe doświadczenie uczy nas, że oba te zbiory nie mają części wspólnych i religia zaczyna się tam, gdzie kończy się nauka).

Filozof przytacza przy tym nienową, ale niezwykle irytującą tezę głoszącą, że skoro nauka nie może udowodnić nieistnienia Boga i nie ma żadnego dowodu na to, że Boga nie ma, to znaczy, że nauka wierzy, że on nie istnieje. Czyli nauka w swej niewierze zostaje zrównana z religią w swej wierze.

A przecież nauka nie jest od udowadnianie nieistnienia bogów, obecności stad różowych słoni na niewidocznej stronie Księżyca czy lewitujących, tybetańskich mnichów. Dlaczego wierzącym się wydaje, że z formalnego punktu widzenia udowodnienie nieistnienia Boga jest czymś ważniejszym, niż udowodnienie nieistnienia elfa czy wikołaka? Brak wiary w istnienie Boga wynika z osobistych doświadczeń miliardów ludzi na całym świecie, którzy nigdy żadnego Boga nie widzieli. Nikt nie przedstawił też żadnych dowodów na jego istnienie (podobnie jak nie udowodniono istnienia elfa, lewitującego tybetańskiego mnicha, czy stada różowych słoni na niewidocznej stronie Księżyca). Wierzący odwracają więc kolej rzeczy i sami nie znajdując żadnego dowodu na istnienie Boga, każą nam szukać dowodu na jego nieistnienie, Śmieszne to i żałosne zarazem.

W nauce nie ma miejsca dla Boga, a naszym naturalnym stanem jest brak wiary W milionach wzorów, twierdzeń i definicji (matematycznych, fizycznych, chemicznych, biologicznych) według których funkcjonuje coraz lepiej poznany wszechświat, nie ma żadnej stałej transcendentnej, żadnego współczynnika boskości czy liczby Boga. Mimo to świat opisany tymi wzorami działa doskonale, a zbudowane dzięki współczesnej nauce i nowoczesnej technologii urządzenia odmieniają nasze życie w stopniu, jaki nie śnił się nawet największym filozofom.

środa, 4 lutego 2015

MURY HEBRONU - Andrzej Stasiuk


Przemierzając przepaściste otchłanie internetu natrafiłem na forumową dyskusję, w której wykształceni (bądź kształcący się jeszcze), wrażliwi, zamożni, młodzi ludzie z dobrych domów, zasuwali grypserą z łatwością starej recydywy. Z ciekawości prześledziłem wątek i szybko natrafiłem na krynicę owej wiedzy, książkę Andrzeja Stasiuka, „Mury Hebronu”.

Fabuła powieści jest niezwykle prosta, wydaje się być wręcz kompilacją dwóch znanych utworów: łotrzykowskiej powieści o tematyce więziennej „Co jest za tym murem” Jacka Stwora i filmu „Nie zaznasz spokoju” w reżyserii Mieczysława Waśkowskiego. Świat git-ludzi, dla większości z nas egzotyczny i zupełnie nieznany, w powieści Stasiuka ożywa z niezwykłą intensywnością, dzięki zastosowaniu więziennej grypsery, jako artystycznego środka wyrazu. Ponadto autor, z właściwą sobie brawurą, wprowadza do powieści odważne wątki seksualne rozgrywające się zarówno pod więzienną celą, jak i poza nią, co wyraźnie odróżnia tę prozę od wcześniejszych rodzimych produkcji poruszających tematykę więzienną. Owa wstrzemięźliwość twórców w tym aspekcie nie wynikała bynajmniej z obyczajowej pruderii, ale była konsekwencją najpierw czujnej, komunistycznej cenzury, a później autocenzury.

Fabuła jest tu sprawą drugorzędną, gdyż stanowi tylko tło dla głębszych, antropologicznych, socjologicznych i psychologicznych rozważań. Stasiuk patrzy na otaczający nas świat, na rządzące nim zasady i obowiązujące kryteria wartości z perspektywy grypsującego recydywisty. To, co widzi, jest lustrzanym odbiciem naszej moralnej i etycznej rzeczywistości. Jest to świat wartości na opak, w którym uczciwi ludzie są frajerami, a bandyci, kurwy i złodzieje, cwaniakami. Frajer jest przydatny o tyle, o ile cwaniak może go wykorzystać i okraść. Cwaniak nie hańbi się uczciwą pracą, gdyż ta jest dla frajerów. Złodziej uczy się tych zasad od dzieciństwa, a jego uniwersytetem często bywa zakład poprawczy.
Oczywiście zdecydowana większość z nas nie ma zielonego pojęcia o swej podrzędnej roli i gardzi złodziejami. Od najwcześniejszych lat gnębi ich przy pomocy represyjnego aparatu sprawiedliwości, pomiata nimi, kiedy meneleją, a na koniec wyrzuca poza nawias społeczeństwa. Cwaniakowanie ma też swoją cenę, a jest nią więzienie. Pewne, nieuchronne, długoletnie, wpisane w przeznaczenie złodzieja. Kto nie jest na nie gotów, nie jest prawdziwym cwaniakiem.

Więzienie jest miejscem, w którym następuje zamiana ról. Trafiają do niego zarówno cwaniaki jak i frajerzy (zdarza się, że pod jedną celą siedzi morderca i małolat, który buchnął komuś rower). Dotychczasowy parasol ochronny rozpięty nad frajerami na wolności przez aparat bezpieczeństwa znika i frajer zostaje skazany na łaskę i niełasce złodziei. Jeśli ma charakter i trochę szczęścia, przetrwa. Jeśli nie, w ekstremalnych przypadkach, zcwelony i zeszmacony, stanie się wrakiem ludzkiej egzystencji.

Stasiuk wprowadza do tego świata odrobinę, niepotrzebnego moim zdaniem, patosu i heroizmu. Mimo to główne przesłanie jest czytelne: recydywiści, prawdziwi ludzie - jak o sobie mówią, nie podlegają resocjalizacji, ba, gardzą nawet tymi, którzy żałują popełnionych grzechów i obiecują sobie poprawę. Prawdziwy człowiek kradnie, napada, oszukuje, zabija, a kiedy przyjdzie pora, płaci za to więzieniem, zaś wyrok ma być adekwatny do popełnionej przez niego zbrodni (pod celą nie pyta się współwięźnia, ile lat dostał, ale z jakiego paragrafu go zamknęli). Dla niego jest to naturalna kolej rzeczy, na którą się godzi i którą akceptuje (niezwykle sugestywnie oddaje to Jean Genet w swoim słynnym eseju „Dziecko przestępca”). Jest na to przygotowywany i kiedy trafia za kraty, nie rozpacza, nie histeryzuje, tylko dostosowuje się i układa sobie życie wedle panujących pod celą zasad. Jak mogłoby być inaczej, skoro niektórzy z nich spędzają pod celą większość swojego życia? Wiezienie jest dla nich czymś więcej niż domem, którego czasem nigdy nie mieli.


Książka Stasiuka powinna być lekturą obowiązkową w starszych klasach gimnazjum lub w pierwszych klasach liceum. Nie mam złudzeń, że ktoś pod jej wpływem zmieni swoje postępowanie, ale niech może chociaż zada sobie pytanie, czy aby na pewno jest odpowiednio przygotowany na spotkanie z ludźmi?

sobota, 31 stycznia 2015

SALADYN I KRUCJATY – Piotr Solecki


Tym razem spojrzenie na krucjaty i dżihad z perspektywy Arabów walczących z wojskami Franków, którzy najechali ich ziemie. Same krucjaty pokazane są w dużym skrócie, stanowiąc tylko tło dla wydarzeń rozgrywających się na obszarze Outremer, Bizancjum, Syrii i Egiptu.

Głównym tematem książki są dzieje wielkiego wodza islamu, Kurda Jusufa Ibn Ajjuba, który przeszedł do historii jako Salah ad-Din (Saladyn) co po arabsku znaczy „Prawy w wierze”. Dla islamu był tym, który rozbił armię krzyżowców, odbił z ich rąk Jerozolimę i zapoczątkował zmierzch Królestwa Jerozolimskiego. Dla chrześcijan był diabłem, którego imieniem nazwano specjalną, egzekwowaną z brutalną skutecznością dziesięcinę na rzecz krucjat (podatek Saladyna) i którym straszono małe dzieci na równo ze strasznym Herodem.

Autor, korzystając ze źródeł arabskich, prowadzi nas przez niezwykłe losy rodziny Ajjubich. którzy z kurdyjskich pasterzy zmuszonych do uchodźstwa z górskiej Armenii stali się jedną z najpotężniejszych dynastii wschodu, a najświetniejszy kwiat tego rodu, Saladyn, został sułtanem rozległego państwa arabskiego.

Tym co różni tę książkę od innych opisujących dzieje krucjat, jest perspektywa, dzięki której spoglądamy na krucjaty i walki o utrzymanie Outremer z punktu widzenia kronikarzy arabskich. To chyba jej największy atut, który pozwala poznać świat islamu zza kulis. Do tej pory, kiedy opisywano zmagania krzyżowców z Saracenami z zachodniego punktu widzenia, było tak, że potężne armie wschodu wyłaniały się w nicości na czas bitwy z łacinnikami, aby tuż po jej zakończeniu z powrotem w nicości zniknąć. W książce Soleckiego jest inaczej. Autor pokazuje ścieranie się różnych sił w skłóconym świecie islamu, czasem zabiegi dyplomatyczne, czasem krwawe wojny domowe, które w sposób decydujący wpływały na powodzenie lub klęskę podejmowanych akcji militarnych przeciwko krzyżowcom.

Solecki nie akceptuje dominującego wśród historyków i badaczy wizerunku Saladyna, jako postaci całym sercem oddanej dżihadowi, wspaniałomyślnej, hojnej i litościwej, który w sposób niezwykle pozytywny został odmalowany zarówno w kronikach powstałych za życia wodza, jak i we współczesnych opracowaniach. Autor cały czas neguje ten radosny pijar, poddając w wątpliwość motywy postępowania Saladyna. Solecki stawia tezę, że eksponowane przez historyków na przestrzeni wieków przywiązanie wodza islamu do dżihadu (czyli świętej wojny), było tylko tłem i pretekstem do prawdziwego celu Saladyna, jakim było zapoczątkowanie i utrzymanie się u władza nowej dynastii Ajjubich (w miejsce obalonych przez niego dynastii Fatymidów i Zengidów). Jako, że zrealizowanie pierwszego celu bez osiągnięcia drugiego (i vice versa) wydaje się absolutnie niemożliwe (obydwa są ze sobą nierozerwalnie związane), a racje za i przeciw tej teorii rozkładają się równo po obu stronach, o tym, czy przyznamy rację Soleckiemu, zadecydują szczegóły.

Solecki rozwija dalej swoją teorię argumentując, że mityczna hojność Saladyna także była podporządkowana nadrzędnemu celowi, jakim było dobro dynastii Ajjubich. Powtarza on wielokrotnie, że owa hojność nie była niczym innym, jak formą zinstytucjonalizowanej łapówki, mającej zapewnić i utrzymać lojalność sojuszników i podległych rodzinie Saladyna urzędników. Tylko jak w takim razie wytłumaczyć fakt, że cały gigantyczny majątek, a także wszystkie łupy wojenne zdobyty przez Saladyna po zajęciu Jerozolimy nakazał on rozdzielić wśród towarzyszących mu w wyprawie urzędników, oficerów i żołnierzy? Przecież istotą łapówki jest przekupowanie kluczowych dla osiągnięcia wybranego celu postaci, a nie całej armii (w takim przypadku jest to właśnie hojność). Solecki odmawia Saladynowi szczodrości, która jest jednym z podstawowych fundamentów rycerskości. Trudno mu się pogodzić z faktem, że Saracen miał jej w nadmiarze, natomiast dramatycznie brakowało jej rycerstwu Zachodniej Europy, które wręcz zasłynęło z niesłychanej chciwości.

Także miłosierdzie, które było atrybutem Saladyna, Solecki konsekwentnie deprecjonuje twierdząc, że nie była to cecha charakteru, ale zaleta bystrego umysłu, wynikająca z pragmatyzmu władcy i zrodzona z potrzeby permanentnego umacniania dynastii. Jako przykład autor podaje finansowe konsekwencje zdobycia Jerozolimy. Saladyn, w przeciwieństwie do krzyżowców siedemdziesiąt lat wcześniej, nie wyciął w pień mieszkańców miasta, lecz zagwarantował im przeżycie. Solecki uważa, że zrobił to, aby zarobić na okupie, a uzyskane w ten sposób pieniądze zainwestować w łapówki ku pożytkowi dynastii Ajjubich. To dlatego Saladyn miał przyjąć propozycję Balina. Rycerz ze skarbca królewskiego zapłacił śmieszną, zryczałtowaną kwotę w wysokości 30.000 dinarów za 18.000 jeńców.
Autor odmawia miłosierdzia Saladynowi nawet wówczas, gdy ten uwalnia beż żadnego okupu 2.000 osób w podeszłym wieku. Według autora był to czyn wyrachowany, gdyż ludzie ci i tak nie zapłaciliby okupu, a na niewolników się nie nadawali i na targu nikt nie dałby za nich złamanego grosza.
Nie jest to dla mnie przekonywujące. Dlaczego Saladyn uwolnił za darmo ludzi starszych, skoro mógł ich dodać do tej wielkiej ciżmy wykupionych przez Balina, a odjąć z niej tyle samo młodzieńców i dziewic?
Dlaczego w ogóle zgodził się na tak niski okup? Czyżby nie dlatego, że zdawał sobie sprawę, że Balin nie jest w stanie z królewskiego skarbca wyłożyć więcej? Czyż to nie jest miłosierdzie?

Przypomnijmy, że w identycznej sytuacji, kiedy Ryszard Lwie Serce zdobył Akrę, zażądał za trzy tysiące muzułmanów astronomicznego okupu w wysokości 100.000 dinarów, a kiedy wspomnianej kwoty nie otrzymał, kazał ściąć wszystkich jeńców jednego dnia, podczas pokazowej zbiorowej egzekucji.

Biorąc pod uwagę te i wiele innych faktów, nie przekonują mnie argumenty autora. Czasy krucjat były okrutne i krwawe, pełne niesprawiedliwości i przemocy, w których postępowanie Saladyna z pewnością było wyjątkiem od reguły. Na porządku dziennym były wtedy krwawe rzezie i nie da się zaprzeczyć, że częściej dopuszczali się ich chrześcijanie, zaś łaska okazywana ludności podbitych miast była rzadkością, którą z kolei częściej wyświadczali muzułmanie.
Zwyczaj hojnego obdarowywania sprzymierzeńców nie był na wschodzie niczym niezwykłym, a nawet można napisać, że taki był charakter polityki wschodnich władców. Pamiętamy choćby, z czasów I krucjaty, cesarza Aleksego I Komnena, który szokował baronów krucjatowych darowując im namioty pełne złota i kosztowności. Myślę, że Saladynowi nie tyle chodziło o dynastię Ajjubich (a na pewno nie w stopniu, jaki przypisuje mu Solecki) ile o utrzymanie w ryzach ogromnego imperium, jakie stworzył w stosunkowo krótkim czasie. To kosztowało, a przy jego niefrasobliwość w rozporządzaniu zawartością skarbca, z pewnością skutkowało chronicznym brakiem gotówki. Kiedy Saladyn umarł, w skarbcu zleziono tylko garść monet (garść w sensie dosłownym) i nawet na pogrzeb musiała zrzucić się jego rodzina. Mimo to Dynastia Ajjubich szybko nie upadła i jej kres, dopiero kilka pokoleń później, położyli Mamelucy w Egipcie i Mongołowie w Syrii.


Mimo, że nie zgadzam się z kilkoma poglądami autora, to uważam, że książka warta jest polecenia. Przenosi nas w świat Arabii, opływających w bogactwa wezyrów, kalifów i sułtanów, gdzie niemal namacalnie czujemy przepych i egzotykę wschodu.  

sobota, 24 stycznia 2015

MOTOR KUPIŁ DUSZAN – Dariusz Basiński



Choć niekiedy zdarza mi się, zazwyczaj w kontekście zawodowym, dokonać zakupu książki czy komiksu kierując się motywami innym niż własny gust, to niemal zawsze najpierw otwieram książkę i czytam z niej kilka krótkich fragmentów. Czasem wystarczy jeden rzut oka na jakieś zdanie, aby książka znalazła się w mojej bibliotece.

„(…) czasem nieporad trochę zagadu
czasem udany brak nieporadu (...)”

Cytat pochodzi z książki znanego z kabaretu „Munio” Dariusza Basińskiego, zatytułowanej „Motor kupił Duszan”. Jest to pięknie wydany, niezwykły zbiorek składający się z wierszy, prozy poetyckiej i pasków komiksowych. Fantastyczny, nieco groteskowy, miejscami nawet surrealistyczny język jest tym, co osobiście w literaturze lubię najbardziej. Poeta w posuniętej niemal do absurdu stylistycznej lapidarności masakruje nie tylko gramatykę języka polskiego, ale nawet poszczególne wyrazy, kastrując je z niepotrzebnych przyrostków i skazując nas na domyślanie się znaczeń dopiero w kontekście ich użycia (pozbawione go wyrazy, zatracają swoją tożsamość). Frazeologiczne fajerwerki w zderzeniu z oczywistością i namacalnością spraw codziennych, dają niezwykły, magiczny efekt. Trochę jak z bajki, trochę jak ze snu.
Jakby dla przeciwwagi proza poetycka, opisująca przygody Poffcernacego zawierające elementy fantastyczne, spisana jest najmniej udziwnionym językiem.

Jest oczywiste, że nie jest to książka dla każdego.

Nie jest to książka dla miłośników konkretu, koneserów realizmu czy pożeraczy fabuły. Na pewno nie jest to też pozycja przeznaczona dla czytelnika mającego sporadyczny kontakt z literaturą piękną (takiej osoby tomik ten z pewności nie zachęci, a może ostatecznie zniechęcić do czytania rodzimej poezji).


Ale nie jest to też książka wyłącznie dla wąskiego grona miłośników poezji. Dzięki humorowi, ironii (czasem podanych wprost, czasem dających się wychwycić między wierszami) zbiorek wychodzi daleko poza tę hermetyczną niszę i jest adresowany dla każdego miłośnika literatury pięknej. Jeśli ktoś z Was lubi językowe eksperymenty Lema (którego motto nie przypadkiem otwiera zbiorek), bądź też zachwycał się publikacjami Jerzego Afanasjewa (szczególnie zbiorkiem „Skąpani w deszczowej wannie”) koniecznie powinien sięgnąć po książkę Dariusza Basińskiego.

poniedziałek, 19 stycznia 2015

RYCERSTWO – Maurice Keen


Książkę tę czytałem z perspektywy prac nad komiksem o zakonie krzyżackim i jeśli pod tym kątem miałbym ją oceniać, to jej przydatność przy pracy nad scenariuszem jest niewielka.

Autor koncentruje się w niej głównie na przekazach literackich, takich jak: traktaty, średniowieczne romanse, poematy epickie, chansons de geste czy libri memoriales. Dominuje tu analiza świata fikcji literackiej, zaś udokumentowane fakty historyczne pozostają w cieniu, czasem całkowicie niknąc z pola widzenia. Nie ma to dla mnie większego znaczenia, kiedy rzecz dotyczy czasów karoliańskich czy okresu następującego tuż po nich, gdyż są one poza zakresem moich bezpośrednich zainteresowań (takie odmienne spojrzenie na narodziny rycerstwa, jest nawet interesujące i inspirujące). Jednakże, kiedy autor omawia tak ważne dla mnie aspekty, jak zaangażowanie rycerstwa w krucjaty, już po kilkudziesięciu stronach okazuje się, że ma on w tej materii niewiele do powiedzenia (ba, zdarzają mu się wpadki, jak choćby pomylenie Edessy z Odessą). W najważniejszym z mojego punktu widzenia rozdziale, pt.: „Rycerstwo a kościół i idea krucjatowa”, więcej wprowadza rozważań o Rycerzach Okrągłego Stołu i Świętym Grallu, niż o faktycznych korelacjach tych dwóch najważniejszych stanów średniowiecznej Europy i ich stosunku do wypraw krzyżowych.

Jedynym istotnym wątkiem „Rycerstwa” w kontekście krucjat, jest zwrócenie uwagi, że: „koncepcja krucjat umieszczona została w strukturze rycerskiej aktywności o quasi-rytualnym znaczeniu”. Idea ta wypływa wprost z „Księgi zakonu rycerskiego” Rajmunda Llull oraz, może nawet w większym stopniu, późniejszej „Księgi rycerstwa” Gotfryda de Chanry, i została tylko zaadoptowana na potrzeby ruchu krucjatowego. Według niej ostatecznym celem prawdziwego rycerza (soulverein preux), to znaczy takiego, który doskonali się przez cały czas i wciąż odnosi kolejne, coraz ważniejsze zwycięstwa, jest wyprawa do obcych krain w poszukiwaniu możliwości zdobywania nowych doświadczeń i doskonalenia się w sztuce wojennej.
Jest oczywiste, że warunek ten doskonale spełniały krucjaty.

Nie jest to idea nowa, ale podstawowym atrybutem „Rycerstwa” jest mocne jej zaakcentowanie i wysunięcie na plan pierwszy, przed wszystkie inne przyczyny motywujące jedenastowiecznych rycerzy do wzięcia krzyża.

Bogactwo przytaczanych źródeł literackich, które jest niewątpliwie zaletą tej książki, czasem staje się takeż jej wadą. Keen ma skłonność do zawiłego, pełnego naukowych terminów stylu (czasem na jednej stronie sąsiadują wyrazy z łaciny, niemieckiego i francuskiego) oraz do wielostronicowych, niewiele wnoszących do tematu, semantycznych dywagacji. Autor nie zachowuje też chronologii wykładu przemieszczając się beztrosko po odległych czasowo i geograficznie wydarzeniach w różnych zakątkach Europy. Jeśli dodać do tego irytujący, belfrowski nawyk częstego zwracania się bezpośrednio do czytelnika, lektura „Rycerstwa” nie należy do przyjemnych.

Oczywiście nie można wykluczyć, że książka jest skierowana do węższego kręgu odbiorców, niż się to na pierwszy rzut oka wydaje. Może być więc i tak, że dzięki zastosowanym zabiegom jest ona dla czytelnika lepiej zorientowanego w literaturze średniowiecza klarowniejsza i bogatsza w treści.

Jednak, „przypuszczam, że wątpię”, jak pisywał Wiech.

środa, 14 stycznia 2015

LISTY DO MŁODEGO PISARZA – Mario Vargas Llosa


Przepiękna książka! Polecam wszystkim, bez względu na wiek, zainteresowania czy profesję.
Autor w formie listu skierowanego do młodego pisarza wygłasza esej, będący serią wykładów o literaturze. Najpierw autorytatywnie i niezwykle sugestywnie ustala, czym jest powołanie pisarskie, jaka jest jego rola w życiu pisarza, jakich poświęceń musi on dokonać, aby stać się godzien służyć swemu kapryśnemu i apodyktycznemu powołaniu. Następnie krok po kroku wprowadza adepta w niezwykły świat iluzji, uczy go jakimi środkami i w jaki sposób konstruować jej skomplikowaną strukturę i jak ustrzec się przed czyhającymi na niego pułapkami. Pokazuje, jakiej warsztatowej magii trzeba użyć, aby tę iluzję ożywić, nadać jej pozory realności, do jakich kuglarskich sztuczek się uciekać, aby fikcja stała się dla czytelnika wiarygodniejsza, niż otaczająca go namacalna rzeczywistość.

Ale wbrew tytułowi, nie jest to książka wyłącznie dla początkujących pisarzy. Llosa czasem wychodzi daleko poza wskazówki i rady warsztatowe, i poddaje dzieła mistrzów światowej literatury ścisłej, drobiazgowej analizie. Autor w dużej mierze odwołuje się do, nieco obecnie zepchniętej na dalszy plan, literatury iberoamerykańskiej, ale w jego książce nie brak też nawiązań do literatury europejskiej i amerykańskiej. Jest to więc też książka dla wszystkich osób parających się krytyką literacką oraz licznej armii recenzentów, w której stary mistrz pokazuje, jak uprawiać krytykę nie powtarzając w kółko oklepanych formułek, wyświechtanych kalek językowych i zatęchłych myślowych szablonów. Uczy, jak odróżnić książki wybitne od przeciętnych, jak rozpoznać talent geniusza i jak demaskować jego epigonów.

I wreszcie, jest to książka dla zwykłych czytelników, gdyż ukazuje duszę wielkiego pisarza. Jest to dzieło w dużej mierze autobiograficzne, prezentujące z pasją jego subiektywną wizję oraz ocenę literatury. Poglądy przedstawiane przez autora wypływają z jego osobistych doświadczeń, co odróżnia tę książkę od innej o podobnej tematyce, a napisanej przez Jana Parandowskiego. Mowa oczywiście o „Alchemii słowa”, genialnej pozycji ukazującej proces twórczy (i towarzyszące mu okoliczności) na przykładzie polskich i światowych tytanów pióra (także i tę książkę polecam Waszej uwadze, gdyż obie pozycje wspaniale się wzajemnie uzupełniają).

Llosa na wstępie swojego małego arcydzieła wyraźnie zaznacza, że nie jest to podręcznik sztuki literackiej (tej według niego, każdy pisarz musi nauczyć się sam) lecz esej mówiący o tym, „jak rodzi się i powstaje powieść”. Kończąc wykład każe czytelnikowi zapomnieć o wszelkich wskazówkach i skupić się na pisaniu. Oczywiście, to czysta kurtuazja, przewrotność, oko puszczone przez geniusza do całej rzeszy nieopierzonych adeptów pióra.

Osobiście uważam, że każdy początkujący literat powinien sobie ten esej przyswoić tak, jak zwykło się przyswajać wykłady. Przeczytać kilka razy, starać się zrozumieć, a jak się czegoś nie ogarnia, po prostu wykuć to na blachę. Prędzej czy później na pewno się przyda.