sobota, 18 listopada 2017
Lobo - ostani Czernianin.
„Lobo”. Keith Giffen, Simon Bisley, Alan Grant. Jest bezdyskusyjnym faktem, że zbiorową wyobraźnią przynajmniej dwóch ostatnich pokoleń zawładnęli superbohaterowie zza oceanu. Dziesiątki filmów, setki kreskówek, tysiące komiksów wygenerowały gigantyczne uniwersum, nie zawsze rządzące się prawami nauki, ale zawsze mocno oddziałujące na wyobraźnię i emocje odbiorców. W tej lekko ciepłej, mdławej, infantylnej, popkulturowej zupie trafiają się kęsy o wyraźnie pikantnym, intensywnym smaku. Takim kęsem jest seria komiksów „Lobo”.
Bohater stworzony przez trio autorskie, na co dzień zajmuje się rzeczą najzupełniej dla superbohatera naturalną czyli eliminowaniem różnych podejrzanych kreatur, często za sowitym wynagrodzeniem, ale jeszcze częściej dla samej przyjemności, z potrzeby relaksu czy chęci poprawienia ogólnej higieny międzyplanetarnego uniwersum. To, co w tym komiksie zachwyca najbardziej, to niczym nie ograniczona wyobraźnia twórców. Ich bohater przyjmuje zlecenia nie tylko na złoczyńców, ale nie waha się stanąć przeciwko osobom powszechnie szanowanym, takim jak: Batman, Hitman, Maska, a nawet Święty Mikołaj czy sam Boug. Obrazoburcze pomysły twórców sięgają jeszcze głębiej, a postacie występujące w komiksie okazują się być dalekimi od naszych uwarunkowanych kulturowo wyobrażeniach o nich, np. wielkanocny zajączek to zazdrosny o bożonarodzeniowe atrakcje przedstawiciel „wysoko postawionych osób” zlecający morderstwo Świętego Mikołaja, który z kolei okazuje się bezwzględnym tyranem wykorzystującym elfy do niewolniczej pracy. Absurdalność sytuacji, ich zupełna niemożliwość zaistnienia, są nośnym środkiem artystycznym, który twórcy wykorzystują z premedytacją i bez żadnych ograniczeń.
Jednak największym sukcesem tego komiksu jest niewymuszona i naturalna łatwość rozbawienia czytelnika, dzięki czemu komiks wybija się wysoko ponad przeciętność superbohaterskich produkcji.
czwartek, 16 listopada 2017
Will Eisner
Autor
w swoich komiksach „Umowa
z Bogiem”, „Nowy Jork”, „Życie w obrazach”, „Sprawa
rodzinna .w sposób permanentny portretuje życie Nowego
Jorku, głównie okolic Dropsie Avenue i Manhattanu, gdzie przez
większość życia mieszkał i tworzył. Swą opowieść buduje z
małych, czasem błahych z pozoru i nieistotnych zdarzeń, które
jednak w jakiś magiczny sposób łączą się w jedno i tworzą
wielowymiarowy obraz miasta i zamieszkujących go ludzi.
Materiałem
użytym do budowy tej misternej konstrukcji są losy poszczególnych
ludzi jak i całych narodów. Autor z brutalną szczerością
odsłania przed nami skrywaną głęboko pod maską póz, szpanu i
konwenansów, prawdziwą naturę człowieka. Z jednej strony ukazuje
heroizm i determinację biednych obywateli miasta, ich nieustanne
zmaganie się z życiem i mozolne wspinanie się po szczeblach
kariery ku sławie i bogactwu lub staczanie w otchłań rozpaczy, z
drugiej zblazowanie i pustkę życia bogaczy, rządzące nimi
namiętności, takie jak pożądanie, chciwość i próżność.
Eisner posiada niezwykły dar obserwacji oraz głęboką wrażliwość
na różne stany emocjonalne swoich komiksowych bohaterów, których
pierwowzorem są często jego krewni, przyjaciele czy znajomi.
Spoiwem
łączącym wszystko w jedną całość jest samo miasto, jego pełne
tajemnic i ludzkich dramatów miejsca, jak place, gwarne ulice,
wysokie budynki czy zaśmiecone, brzydkie zaułki.
Wielkość
komiksów Eisnera, to nie tylko filozoficzne i psychologiczne
rozważania o kondycji natury ludzkiej, to także mistrzowsko
prowadzona narracja, świetne dialogi oraz klimatyczne, czarno-białe
rysunki.
To
światowa klasyka, ważny cywilizacyjny dorobek XX wieku. Autor
wyzwolił się z ciasnego gorsetu konwencji obowiązujących w
amerykańskim komiksie i podążał własną drogą, kładąc
podwaliny pod współczesną powieść graficzną.
Powyższy tekst ukazał się w "Fantomie".
Powyższy tekst ukazał się w "Fantomie".
środa, 15 listopada 2017
„Pinokio”. Winshluss (Vincent Paronnaud).
"Pinokio" Winshlussa jest
uwspółcześnioną adaptacją kultowej
powieści Carlo Collodiego. W
ogólnym zarysie akcja komiksu
pokrywa się z literackim
pierwowzorem, lecz w szczegółach
Winshluss daleko odchodzi od
oryginału i dokonuje błyskotliwych
wariacji fabuły oraz
występujących w niej postaci. Za przykład
może posłużyć
„gadający świerszcz” z powieści Collodiego,
któremu Winshluss
nadał formę karalucha i umieścił w głowie
Pinokia. Postać ta
zyskuje głębszy wymiar, zmieniając się w
bezrobotnego,
pogrążonego w kryzysie twórczym i cierpiącego na
niską samoocenę
pisarza, który zamiast raczyć Pinokia życiowymi
poradami, urządza
w jego głowie dzikie popijawy.
W konsekwencji Winshluss zmienił
umoralniającą opowiastkę dla
dzieci w mroczną i miejscami
perwersyjną przypowieść dla
dorosłych.
Wiele
wątków tej fascynującej opowieści rozwija się równolegle,
przeplata ze sobą i na koniec łączy w spójny traktat o naturze
człowieka i jego uwikłaniu w skomplikowane relacje społeczne i
polityczne.
Wspaniale
prezentuje się także graficzna strona komiksu. Świetna,
zdeformowana kreska, oszczędna forma, psychodeliczny klimat,
mistrzowskie posługiwanie się językiem komiksu.
„Pinokio”
posiada wszystkie atrybuty, które czynią z niego
komiksowe
arcydzieło w niczym nie ustępujące swojemu
literackiemu
pierwowzorowi.
niedziela, 10 maja 2015
Jestem komunistyczną babą! - Danu Lungu
Powieść „Jestem komunistyczną babą!” Danu Lungu można określić mianem rumuńskiego „Przeminęło z wiatrem”, w której stary porządek świata zastępuje nowy, zaś wczorajsi beneficjenci w nowej rzeczywistości padają ofiarą ekonomicznego i społecznego regresu.
Bohaterka i jednocześnie narratorka powieści, Emilia Apostoae, wykorzystała szansę, jaką stworzył jej komunizm i z wiejskiej dzierlatki ugniatającej gołymi stopami kiziak (gnój), awansowa w okolice komunistycznej rumuńskiej klasy średniej. Z wiejskiej chaty bez elektryczności i kanalizacji przeniosła się do miasta, do mieszkania zakładowego ze wszelkimi wygodami, zaś darmową harówkę ponad siły na wsi zastąpiła dobrze płatną pracą w miejskim zakładzie wytwarzającym produkty na eksport (dzięki temu zarabiała dwa razy więcej niż inni robotnicy, co mniej więcej odpowiadało pensji kierownika działu). Na tle powszechnej biedy była wiec osobą zamożną i ustosunkowaną. Dzięki rozległym koneksjom wśród sobie podobnych, bez trudu zdobywała żywność i deficytowe wytwory współczesnej cywilizacji. Stać ją było na fryzjera, wykształcenie córki, drogie ubrania, enerdowskie kosmetyki, etc.
Mało efektywny system komunistycznej gospodarki sprzyjał bumelanctwu, złodziejstwu, bylejakości, kombinatorstwu, z których to atrybutów Emilia umiejętnie korzystała i za które nikt nie ponosił odpowiedzialności, oprócz samego systemu rzecz jasna, który z tych i wielu innych przyczyn nieuchronnie zmierzał ku zagładzie.
Kiedy dopełniła się ustrojowa apokalipsa zamknięto nierentowne zakłady, likwidując przy okazji miejsce pracy naszej bohaterki i skazując ją na egzystencję w biedzie i niedostatku. Emilia, podobnie jak panowie byłych niewolników, nie może odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Jej spryt, ambicja, zapał, odwaga i pracowitość, dzięki którym w czasach komunizmu dokonał się jej awans społeczny, gdzieś znika. Autor nie wyjaśnia, co się z nimi stało, dlaczego w kapitalizmie bohaterce zabrakło tej odrobiny przedsiębiorczości, która popchnęła jej koleżankę do zainwestowania we własny biznes. A nowe czasy rodzą nowych bohaterów, patrzących w przyszłość, harujących od świtu do zmierzchu, którzy po całym dniu pracy padają nieprzytomni ze zmęczenia, ale szczęśliwi, gdyż wreszcie mają swój los we własnych rękach.
Zamiast tego Emilia śni o przywróceniu starego porządku. Ma świadomość, że innym wcześniej było gorzej, ale jej ocena rzeczywistości jest czysto subiektywna. Nie obchodzą ją tamci “inni”, ale sytuacja obecna, dzień dzisiejszy, w którym to ona jest tą “inną”, wegetującą na marginesie życia.
Dan Lungu stara się przedstawić obie rzeczywistości, tę sprzed i po roku 1989 w sposób wierny i obiektywny, przytaczając fakty i opisując zdarzenia z dystansem, bez nadmiernego emocjonalnego zaangażowania,. Być może to jest przyczyną, że tę niewielką objętościowo książeczkę czytałem przeszło tydzień, co kilka zdań odkładając ją i powracając myślami do wczesnej młodości, do czasów które on opisuje, a opisana przez niego rzeczywistość miejscami wiernie pokrywa się z rzeczywistością znaną mi z autopsji.
I to jest chyba największą zaletą tej książki, ów postsocjalistyczny uniwersalizm zamknięty w granicach byłej sowieckiej strefy dominacji, będący jednocześnie jej największą wadą, gdyż nie może być zrozumiały przez mieszkańców innych części świata, nie wyposażonych w zasobny bagaż wspólnych doświadczeń, niezbędnych dla prawidłowej percepcji powieści.
Pisarz miejscami ociera się o geniusz, jak choćby w scenie rozmowy obcych sobie kobiet, których wspólnym tematem jest strach przed pójściem ich pociech do czwartej klasy, „bo w niej jest przecież tyle nowych przedmiotów”. To zdumiewające, ale nigdzie indziej w literaturze nie znalazłem tego lęku ujętego w słowa, choć trauma ta towarzyszy chyba każdemu rodzicowi, bez względu na szerokość i długość geograficzna. A przecież nie od dziś wiadomo, że o wielkości pisarza świadczy umiejętność ujęcia w uporządkowane zdania tego, co nam wszystkim błąka się bezwładnie po głowach.
(Tekst pierwotnie opublikowany w "Magazynie Fantastycznym").
Bohaterka i jednocześnie narratorka powieści, Emilia Apostoae, wykorzystała szansę, jaką stworzył jej komunizm i z wiejskiej dzierlatki ugniatającej gołymi stopami kiziak (gnój), awansowa w okolice komunistycznej rumuńskiej klasy średniej. Z wiejskiej chaty bez elektryczności i kanalizacji przeniosła się do miasta, do mieszkania zakładowego ze wszelkimi wygodami, zaś darmową harówkę ponad siły na wsi zastąpiła dobrze płatną pracą w miejskim zakładzie wytwarzającym produkty na eksport (dzięki temu zarabiała dwa razy więcej niż inni robotnicy, co mniej więcej odpowiadało pensji kierownika działu). Na tle powszechnej biedy była wiec osobą zamożną i ustosunkowaną. Dzięki rozległym koneksjom wśród sobie podobnych, bez trudu zdobywała żywność i deficytowe wytwory współczesnej cywilizacji. Stać ją było na fryzjera, wykształcenie córki, drogie ubrania, enerdowskie kosmetyki, etc.
Mało efektywny system komunistycznej gospodarki sprzyjał bumelanctwu, złodziejstwu, bylejakości, kombinatorstwu, z których to atrybutów Emilia umiejętnie korzystała i za które nikt nie ponosił odpowiedzialności, oprócz samego systemu rzecz jasna, który z tych i wielu innych przyczyn nieuchronnie zmierzał ku zagładzie.
Kiedy dopełniła się ustrojowa apokalipsa zamknięto nierentowne zakłady, likwidując przy okazji miejsce pracy naszej bohaterki i skazując ją na egzystencję w biedzie i niedostatku. Emilia, podobnie jak panowie byłych niewolników, nie może odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Jej spryt, ambicja, zapał, odwaga i pracowitość, dzięki którym w czasach komunizmu dokonał się jej awans społeczny, gdzieś znika. Autor nie wyjaśnia, co się z nimi stało, dlaczego w kapitalizmie bohaterce zabrakło tej odrobiny przedsiębiorczości, która popchnęła jej koleżankę do zainwestowania we własny biznes. A nowe czasy rodzą nowych bohaterów, patrzących w przyszłość, harujących od świtu do zmierzchu, którzy po całym dniu pracy padają nieprzytomni ze zmęczenia, ale szczęśliwi, gdyż wreszcie mają swój los we własnych rękach.
Zamiast tego Emilia śni o przywróceniu starego porządku. Ma świadomość, że innym wcześniej było gorzej, ale jej ocena rzeczywistości jest czysto subiektywna. Nie obchodzą ją tamci “inni”, ale sytuacja obecna, dzień dzisiejszy, w którym to ona jest tą “inną”, wegetującą na marginesie życia.
Dan Lungu stara się przedstawić obie rzeczywistości, tę sprzed i po roku 1989 w sposób wierny i obiektywny, przytaczając fakty i opisując zdarzenia z dystansem, bez nadmiernego emocjonalnego zaangażowania,. Być może to jest przyczyną, że tę niewielką objętościowo książeczkę czytałem przeszło tydzień, co kilka zdań odkładając ją i powracając myślami do wczesnej młodości, do czasów które on opisuje, a opisana przez niego rzeczywistość miejscami wiernie pokrywa się z rzeczywistością znaną mi z autopsji.
I to jest chyba największą zaletą tej książki, ów postsocjalistyczny uniwersalizm zamknięty w granicach byłej sowieckiej strefy dominacji, będący jednocześnie jej największą wadą, gdyż nie może być zrozumiały przez mieszkańców innych części świata, nie wyposażonych w zasobny bagaż wspólnych doświadczeń, niezbędnych dla prawidłowej percepcji powieści.
Pisarz miejscami ociera się o geniusz, jak choćby w scenie rozmowy obcych sobie kobiet, których wspólnym tematem jest strach przed pójściem ich pociech do czwartej klasy, „bo w niej jest przecież tyle nowych przedmiotów”. To zdumiewające, ale nigdzie indziej w literaturze nie znalazłem tego lęku ujętego w słowa, choć trauma ta towarzyszy chyba każdemu rodzicowi, bez względu na szerokość i długość geograficzna. A przecież nie od dziś wiadomo, że o wielkości pisarza świadczy umiejętność ujęcia w uporządkowane zdania tego, co nam wszystkim błąka się bezwładnie po głowach.
(Tekst pierwotnie opublikowany w "Magazynie Fantastycznym").
środa, 8 kwietnia 2015
"KSENOCYD" - Orson Scott Card
„Ksenocyd” jest trzecią częścią
cyklu o Enderze ksenobójcy. Niestety, po dwóch pierwszych,
absolutnie wspaniałych, słusznie obsypanych najważniejszymi
branżowymi nagrodami, dostaliśmy literaturę przeciętną, ledwie
zjadliwą, nudną.
Autor konsekwentnie rozwija fabułę
drobiazgowo uzupełniając wykreowane w „Mówcy umarłych”
uniwersum oraz wprowadzając nowe idee, jednakże już od początku
widzimy wielką przepaść dzielącą „Ksenocyd” od poprzednich
części cyklu. Jest on przede wszystkim przegadany i niemiłosiernie
rozciągnięty (niektóre wydarzenia, myśli i refleksje są
powtarzane niczym dialogi w kolejnych scenach wenezuelskiej
telenoweli).
W fiction zabrakło wiarygodności
kreowanej iluzji, zaś science zostało utopione w mało oryginalnym,
mało przekonywującym, a miejscami wręcz infantylnym,
pseudonaukowym bełkocie (np.: o ile w dwóch pierwszych tomach cyklu
podróże w kosmosie z prędkością podświetlną były dla autora
atrakcyjne, a w „Mówcy Umarłych” efekty relatywistyczne miały
wręcz swój znaczący wpływ na kreowanie akcji, o tyle w
„Ksenocydzie” stały się ciężarem – więc do popchnięcia
fabuły Card nie zawahał się użyć banalnego i kompletnie
niewiarygodnego sposobu przekroczenia prędkości światła).
Różnica między dwoma pierwszymi
tomami cyklu a „Ksenocydem” jest taka, jak między wysokiej próby
artyzmem, a zaledwie poprawnym rzemiosłem. Nikomu nie polecam tej
książki.
czwartek, 26 marca 2015
"MÓWCA UMARŁYCH" - Orson Scott Card
Ostatnią powieść stricte science-fiction przeczytałem dziesięć lat temu. I pewnie nie sięgnąłbym
po ten gatunek przez kolejne dziesięć lat, gdyby znajomy rysownik
komiksowy (współtwórca kultowej serii science fiction
„Biocosmosis”) nie polecił mi audiobooka Orsona Scotta Carda,
pt. „Mówca Umarłych”. Zazwyczaj ten rodzaj kontaktu z lekturą
rezerwuję dla pozycji, które już kiedyś czytałem, lecz w tym
przypadku zrobiłem wyjątek. W końcu kiedyś czytałem pierwszą,
sfilmowaną niedawno część cyklu, pt. „Gra Endera” więc jej
kontynuację potraktowałem jako coś częściowo znajomego.
Akcja powieści rozpoczyna się trzy
tysiące lat po ksenocydzie, którego młody Ender dopuścił się na
robalach. Zagłada całego gatunku inteligentnych istot nie
przyniosła mu chwały, a wprost przeciwnie. Kiedy ludzkość
dowiedziała się prawdy o robalach (z dzieła „Królowa
Kopca”), zaczęła współczuć
robalom, a on stał się największym zbrodniarzem w dziejach
ludzkości.
Nieustannie przemieszczając się z
prędkością podświetlną, dzięki efektom relatywistycznym,
Andrew Wiggin wciąż pozostawał młodym, zaledwie
trzydziestosześcioletnim mężczyzną, który dostał szansę
okupienia swej zbrodni. Odnalazł i zabrał ze sobą ostatnią we
wszechświecie królową kopca, dla której w tajemnicy przed resztą
świata, przez trzy tysiące lat, na dziesiątkach planet, szukał
dogodnego miejsca do odtworzenia gatunku. Wreszcie szczęście
uśmiechnęło się do niego i został wezwany na Lusitanię, by
mówić o śmierci trzech osób. Jego zgoda na daleki lot miała
także dodatkowy, pozaludzki wymiar. Na planecie żyły
ssakokształtne inteligentne istoty zwane przez ludzi „porquinhos”
czyli prosiaczki. Porquinhos dzięki tajemniczemu, inteligentnemu
wirusowi zwanym deskoladą, po fizycznej śmierci odżywały w formie
drzewa, by stać się ojcami kolejnych pokoleń porquinhos. Deskolada
zabiła na planecie wszelkie życie z wyjątkiem kilku gatunków,
które przekształciła w symbiotyczne pary. Zabiła także wielu
ludzi, a pozostałych skazała na życie w stanie nieustannego
zagrożenia.
Ale to nie koniec niezwykłych pomysłów
autora. W międzyplanetarnej sieci ansibli, pomiędzy którymi
informacja rozprzestrzenia się z prędkością myśli, pośród
gąszczy połączeń filotycznych i setek tysięcy komputerów na stu
światach, żyła kolejna obca, niezwykle inteligentna istota, Jane.
Ender musi zmierzyć się nie tylko z
zagadką niezwykłej reinkarnacji prosiaczków, posępną tajemnicą
zabójczej deskolady, narastającą presją pragnącej nowego życia
królowej kopca, kapryśnym geniuszem wirtualnej Jane, ale i z
codziennymi troskami ludzkiej kolonii na Lusitanii oraz osobistymi,
skomplikowanymi relacjami z genialną rodziną Ribejrów, A wszystko
to jest tylko punktem wyjścia dla filozoficznych i antropologicznych
rozważań na temat ludzkiej natury.
Książka jest intrygująca,
wciągająca, inteligentna. Trzyma w napięciu od pierwszej do
ostatniej strony. Card po mistrzowsku wprowadza nas w świat swej
iluzji, zasypuje pomysłami, gmatwa fabułę, czasem tylko dając
odetchnąć jakimś nieoczekiwanym zwrotem akcji. Choć niekiedy
strony powieści trącą patosem i sentymentalizmem, to iluzja
wykreowanego przez autora uniwersum ani na chwile nie przestaje być
dla nas wiarygodna. Dla mnie świadczy to o prawdziwym mistrzostwie i
wielkości pisarza.
Pochwały należą się także osobie
czytającego, Rochowi Siemianowskiemu. Wykonał perfekcyjną pracę,
i to dzięki niemu powieść nabrała specyficznego, subtelnego
smaku.
„Mówca Umarłych”, to perła literatury science-fiction. Książka ta, podobnie jak pierwszy tom
cyklu „Gra Endera”, zdobyła dwie najważniejsze dla literatury
fantastycznej nagrody: Hugo i Nebulę. Polecam ją każdemu
czytelnikowi, a szczególnie tym, którzy z literaturą science
fiction mają sporadyczny kontakt. Nie wiem czy książka ta zmusi
Was do sięgnięcia po kolejne pozycje z gatunku, ale z pewnością
nikogo nie rozczaruje.
czwartek, 12 marca 2015
„Życie. Powieść graficzna” - Yoshihiro Tatsumi
„Życie. Powieść graficzna” to
komiks autobiograficzny Yoshihiro Tatsumiego, japońskiego twórcy
mangi i podwójnego laureata nagrody Eisnera (komiksowego
odpowiednika literackiego Nobla). Tatsumi przeszedł do historii
japońskiej popkultury jako twórca gekigi, odłamu mangi
przeznaczonej dla dorosłego czytelnika, której odpowiednikiem w
naszym kręgu kulturowym jest komiks określany terminem „powieść
graficzna”. Narodzinom gekigi poświęcone są spore fragmenty tego
komiksu.
Tatsumi opowiada o swoim życiu
skupionym głównie wokół tworzenia mangi. Tematem dominującym w
komiksie jest pracy nad kolejnymi historiami, zaś w tle pojawiają
się wątki poboczne, takie jak życie prywatne bohatera i jego
relacje z rodziną, współpraca z wydawcami przy produkcji albumów
autorskich i magazynów mangowych, interakcje zachodzące między
twórcami, redaktorami i wydawcami mang, a także sporadyczne
doświadczenia seksualne bohatera z kobietami.
Opowieść zaczyna się wraz z
zakończeniem wojny. Później kolejno snuje się przez niedostatek
lat powojennych i entuzjazm pierwszych symptomów ożywienia
gospodarczego. Kończy się unikalną w skali globalnej gospodarczą
prosperitą i ogromnym skokiem cywilizacyjnym Japonii. Równolegle z
rozwojem Japonii, rozwija się także kariera zawodowa bohater
opowieści. Z fascynata tworzącego ręcznie rysowane ziny mangowe,
poprzez współautora pierwszych wysokonakładowych magazynów
publikujące krótkie historie, aż po redaktora tytułów kreujących
japoński rynek mangowy.
Temat wydaje się idealny, to wręcz
samograj o potencjale zdolnym zainteresować nie tylko fana
japońskiego komiksu, ale także czytelnika zajmującego się szeroko
pojmowaną popkulturą.
Niestety, rozciągnięta na 830 stron
opowieść jest przeraźliwie nudna, monotonna, wręcz
klaustrofobiczna. Postacie komiksu są płaskie, pozbawione głębi,
bezbarwne, a ich życie jawi się jako niewiarygodnie puste. Autor
nie pokusił się też o głębsze analizy motywów ich postępowania
oraz uwarunkowań dokonywanych przez nich artystycznych wyborów i
życiowych postaw. Nie zadbał także o głębsze zróżnicowanie
psychologiczne postaci, przez co wszystkie są do siebie podobne,
różne tylko w mało istotnych szczegółach, a co najgorsze,
wszystkie są w równym stopniu nijakie. Czy jest to „życie”
ukazane jedynie w kontekście twórczości komiksowej? Czy istnieje
poza nim jakieś inne „życie” bohatera, bogatsze w barwy, emocje
i wymiary? Autor nie udziela nam w tej kwestii żadnych wskazówek.
Aby poszerzyć horyzont czytelnika i
dać mu możliwość głębszego zrozumienia wydarzeń opowiedzianych
w komiksie, Tsunami od czasu do czasu ilustruje ważne momenty w
historii i kulturze Japonii. Skrupulatnie odnotowuje przełomowe
wydarzenia historyczne, pojawienie się kultowych postaci popkultury,
premiery istotnych dzieł filmowych, literackich (w komiksie
pojawiają się dziesiątki, może nawet setki nazwisk twórców
mangi i tytuły ich dzieł) i muzycznych. Ale te wszystkie informacje
są jakby zawieszone w próżni i nijak nie przekładają się na
lepszą percepcję komiksu. Czytelnik nie ma pojęcia czy miały one
jakikolwiek wpływ na życie bohatera powieści i w jakim stopniu (i
czy w ogóle) oddziaływały na jego twórczość, czy też posłużyły
autorowi wyłącznie do odmierza mijającego czasu w atrakcyjny
sposób.
Dużym plusem komiksu, jest możliwość
wglądu w realia życia codziennego twórcy mangi. Dowiadujemy się z
niego, że początkujący artysta już na początku swojej kariery
zawodowej otrzymywał całkiem przyzwoite wynagrodzenie za swoją
pracę (a działo się to na początku lata pięćdziesiątych
minionego wieku), zaś artysta z pewnym dorobkiem, z rozpoznawalnym w
środowisku nazwiskiem, mógł ze swej profesji utrzymać siebie i
swoją rodzinę. Z punktu widzenia polskiego twórcy komiksów, to
właśnie jest chyba najbardziej niezwykłe i egzotyczne w całym
komiksie.
Komiks Yoshihiro Tatsumiego nie urzekł
mnie, ale i specjalnie nie rozczarował. Adresowany jest wyłącznie
do zatwardziałych komiksowych nerdów i nikomu innemu go nie
polecam.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)








