niedziela, 10 maja 2015

Jestem komunistyczną babą! - Danu Lungu

Powieść „Jestem komunistyczną babą!” Danu Lungu można określić mianem rumuńskiego „Przeminęło z wiatrem”, w której stary porządek świata zastępuje nowy, zaś wczorajsi beneficjenci w nowej rzeczywistości padają ofiarą ekonomicznego i społecznego regresu.
Bohaterka i jednocześnie narratorka powieści, Emilia Apostoae, wykorzystała szansę, jaką stworzył jej komunizm i z wiejskiej dzierlatki ugniatającej gołymi stopami kiziak (gnój), awansowa w okolice komunistycznej rumuńskiej klasy średniej. Z wiejskiej chaty bez elektryczności i kanalizacji przeniosła się do miasta, do mieszkania zakładowego ze wszelkimi wygodami, zaś darmową harówkę ponad siły na wsi zastąpiła dobrze płatną pracą w miejskim zakładzie wytwarzającym produkty na eksport (dzięki temu zarabiała dwa razy więcej niż inni robotnicy, co mniej więcej odpowiadało pensji kierownika działu). Na tle powszechnej biedy była wiec osobą zamożną i ustosunkowaną. Dzięki rozległym koneksjom wśród sobie podobnych, bez trudu zdobywała żywność i deficytowe wytwory współczesnej cywilizacji. Stać ją było na fryzjera, wykształcenie córki, drogie ubrania, enerdowskie kosmetyki, etc.

Mało efektywny system komunistycznej gospodarki sprzyjał bumelanctwu, złodziejstwu, bylejakości, kombinatorstwu, z których to atrybutów Emilia umiejętnie korzystała i za które nikt nie ponosił odpowiedzialności, oprócz samego systemu rzecz jasna, który z tych i wielu innych przyczyn nieuchronnie zmierzał ku zagładzie.

Kiedy dopełniła się ustrojowa apokalipsa zamknięto nierentowne zakłady, likwidując przy okazji miejsce pracy naszej bohaterki i skazując ją na egzystencję w biedzie i niedostatku. Emilia, podobnie jak panowie byłych niewolników, nie może odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Jej spryt, ambicja, zapał, odwaga i pracowitość, dzięki którym w czasach komunizmu dokonał się jej awans społeczny, gdzieś znika. Autor nie wyjaśnia, co się z nimi stało, dlaczego w kapitalizmie bohaterce zabrakło tej odrobiny przedsiębiorczości, która popchnęła jej koleżankę do zainwestowania we własny biznes. A nowe czasy rodzą nowych bohaterów, patrzących w przyszłość, harujących od świtu do zmierzchu, którzy po całym dniu pracy padają nieprzytomni ze zmęczenia, ale szczęśliwi, gdyż wreszcie mają swój los we własnych rękach.

Zamiast tego Emilia śni o przywróceniu starego porządku. Ma świadomość, że innym wcześniej było gorzej, ale jej ocena rzeczywistości jest czysto subiektywna. Nie obchodzą ją tamci “inni”, ale sytuacja obecna, dzień dzisiejszy, w którym to ona jest tą “inną”, wegetującą na marginesie życia. 

Dan Lungu stara się przedstawić obie rzeczywistości, tę sprzed i po roku 1989 w sposób wierny i obiektywny, przytaczając fakty i opisując zdarzenia z dystansem, bez nadmiernego emocjonalnego zaangażowania,. Być może to jest przyczyną, że tę niewielką objętościowo książeczkę czytałem przeszło tydzień, co kilka zdań odkładając ją i powracając myślami do wczesnej młodości, do czasów które on opisuje, a opisana przez niego rzeczywistość miejscami wiernie pokrywa się z rzeczywistością znaną mi z autopsji. 

I to jest chyba największą zaletą tej książki, ów postsocjalistyczny uniwersalizm zamknięty w granicach byłej sowieckiej strefy dominacji, będący jednocześnie jej największą wadą, gdyż nie może być zrozumiały przez mieszkańców innych części świata, nie wyposażonych w zasobny bagaż wspólnych doświadczeń, niezbędnych dla prawidłowej percepcji powieści. 

Pisarz miejscami ociera się o geniusz, jak choćby w scenie rozmowy obcych sobie kobiet, których wspólnym tematem jest strach przed pójściem ich pociech do czwartej klasy, „bo w niej jest przecież tyle nowych przedmiotów”. To zdumiewające, ale nigdzie indziej w literaturze nie znalazłem tego lęku ujętego w słowa, choć trauma ta towarzyszy chyba każdemu rodzicowi, bez względu na szerokość i długość geograficzna. A przecież nie od dziś wiadomo, że o wielkości pisarza świadczy umiejętność ujęcia w uporządkowane zdania tego, co nam wszystkim błąka się bezwładnie po głowach.


(Tekst pierwotnie opublikowany w "Magazynie Fantastycznym").

środa, 8 kwietnia 2015

"KSENOCYD" - Orson Scott Card


„Ksenocyd” jest trzecią częścią cyklu o Enderze ksenobójcy. Niestety, po dwóch pierwszych, absolutnie wspaniałych, słusznie obsypanych najważniejszymi branżowymi nagrodami, dostaliśmy literaturę przeciętną, ledwie zjadliwą, nudną.

Autor konsekwentnie rozwija fabułę drobiazgowo uzupełniając wykreowane w „Mówcy umarłych” uniwersum oraz wprowadzając nowe idee, jednakże już od początku widzimy wielką przepaść dzielącą „Ksenocyd” od poprzednich części cyklu. Jest on przede wszystkim przegadany i niemiłosiernie rozciągnięty (niektóre wydarzenia, myśli i refleksje są powtarzane niczym dialogi w kolejnych scenach wenezuelskiej telenoweli).

W fiction zabrakło wiarygodności kreowanej iluzji, zaś science zostało utopione w mało oryginalnym, mało przekonywującym, a miejscami wręcz infantylnym, pseudonaukowym bełkocie (np.: o ile w dwóch pierwszych tomach cyklu podróże w kosmosie z prędkością podświetlną były dla autora atrakcyjne, a w „Mówcy Umarłych” efekty relatywistyczne miały wręcz swój znaczący wpływ na kreowanie akcji, o tyle w „Ksenocydzie” stały się ciężarem – więc do popchnięcia fabuły Card nie zawahał się użyć banalnego i kompletnie niewiarygodnego sposobu przekroczenia prędkości światła).


Różnica między dwoma pierwszymi tomami cyklu a „Ksenocydem” jest taka, jak między wysokiej próby artyzmem, a zaledwie poprawnym rzemiosłem. Nikomu nie polecam tej książki.

czwartek, 26 marca 2015

"MÓWCA UMARŁYCH" - Orson Scott Card

Ostatnią powieść stricte science-fiction przeczytałem dziesięć lat temu. I pewnie nie sięgnąłbym po ten gatunek przez kolejne dziesięć lat, gdyby znajomy rysownik komiksowy (współtwórca kultowej serii science fiction „Biocosmosis”) nie polecił mi audiobooka Orsona Scotta Carda, pt. „Mówca Umarłych”. Zazwyczaj ten rodzaj kontaktu z lekturą rezerwuję dla pozycji, które już kiedyś czytałem, lecz w tym przypadku zrobiłem wyjątek. W końcu kiedyś czytałem pierwszą, sfilmowaną niedawno część cyklu, pt. „Gra Endera” więc jej kontynuację potraktowałem jako coś częściowo znajomego.

Akcja powieści rozpoczyna się trzy tysiące lat po ksenocydzie, którego młody Ender dopuścił się na robalach. Zagłada całego gatunku inteligentnych istot nie przyniosła mu chwały, a wprost przeciwnie. Kiedy ludzkość dowiedziała się prawdy o robalach (z dzieła „Królowa
Kopca”), zaczęła współczuć robalom, a on stał się największym zbrodniarzem w dziejach ludzkości.

Nieustannie przemieszczając się z prędkością podświetlną, dzięki efektom relatywistycznym, Andrew Wiggin wciąż pozostawał młodym, zaledwie trzydziestosześcioletnim mężczyzną, który dostał szansę okupienia swej zbrodni. Odnalazł i zabrał ze sobą ostatnią we wszechświecie królową kopca, dla której w tajemnicy przed resztą świata, przez trzy tysiące lat, na dziesiątkach planet, szukał dogodnego miejsca do odtworzenia gatunku. Wreszcie szczęście uśmiechnęło się do niego i został wezwany na Lusitanię, by mówić o śmierci trzech osób. Jego zgoda na daleki lot miała także dodatkowy, pozaludzki wymiar. Na planecie żyły ssakokształtne inteligentne istoty zwane przez ludzi „porquinhos” czyli prosiaczki. Porquinhos dzięki tajemniczemu, inteligentnemu wirusowi zwanym deskoladą, po fizycznej śmierci odżywały w formie drzewa, by stać się ojcami kolejnych pokoleń porquinhos. Deskolada zabiła na planecie wszelkie życie z wyjątkiem kilku gatunków, które przekształciła w symbiotyczne pary. Zabiła także wielu ludzi, a pozostałych skazała na życie w stanie nieustannego zagrożenia.

Ale to nie koniec niezwykłych pomysłów autora. W międzyplanetarnej sieci ansibli, pomiędzy którymi informacja rozprzestrzenia się z prędkością myśli, pośród gąszczy połączeń filotycznych i setek tysięcy komputerów na stu światach, żyła kolejna obca, niezwykle inteligentna istota, Jane.

Ender musi zmierzyć się nie tylko z zagadką niezwykłej reinkarnacji prosiaczków, posępną tajemnicą zabójczej deskolady, narastającą presją pragnącej nowego życia królowej kopca, kapryśnym geniuszem wirtualnej Jane, ale i z codziennymi troskami ludzkiej kolonii na Lusitanii oraz osobistymi, skomplikowanymi relacjami z genialną rodziną Ribejrów, A wszystko to jest tylko punktem wyjścia dla filozoficznych i antropologicznych rozważań na temat ludzkiej natury.

Książka jest intrygująca, wciągająca, inteligentna. Trzyma w napięciu od pierwszej do ostatniej strony. Card po mistrzowsku wprowadza nas w świat swej iluzji, zasypuje pomysłami, gmatwa fabułę, czasem tylko dając odetchnąć jakimś nieoczekiwanym zwrotem akcji. Choć niekiedy strony powieści trącą patosem i sentymentalizmem, to iluzja wykreowanego przez autora uniwersum ani na chwile nie przestaje być dla nas wiarygodna. Dla mnie świadczy to o prawdziwym mistrzostwie i wielkości pisarza.

Pochwały należą się także osobie czytającego, Rochowi Siemianowskiemu. Wykonał perfekcyjną pracę, i to dzięki niemu powieść nabrała specyficznego, subtelnego smaku.


„Mówca Umarłych”, to perła literatury science-fiction. Książka ta, podobnie jak pierwszy tom cyklu „Gra Endera”, zdobyła dwie najważniejsze dla literatury fantastycznej nagrody: Hugo i Nebulę. Polecam ją każdemu czytelnikowi, a szczególnie tym, którzy z literaturą science fiction mają sporadyczny kontakt. Nie wiem czy książka ta zmusi Was do sięgnięcia po kolejne pozycje z gatunku, ale z pewnością nikogo nie rozczaruje.  

czwartek, 12 marca 2015

„Życie. Powieść graficzna” - Yoshihiro Tatsumi



„Życie. Powieść graficzna” to komiks autobiograficzny Yoshihiro Tatsumiego, japońskiego twórcy mangi i podwójnego laureata nagrody Eisnera (komiksowego odpowiednika literackiego Nobla). Tatsumi przeszedł do historii japońskiej popkultury jako twórca gekigi, odłamu mangi przeznaczonej dla dorosłego czytelnika, której odpowiednikiem w naszym kręgu kulturowym jest komiks określany terminem „powieść graficzna”. Narodzinom gekigi poświęcone są spore fragmenty tego komiksu.

Tatsumi opowiada o swoim życiu skupionym głównie wokół tworzenia mangi. Tematem dominującym w komiksie jest pracy nad kolejnymi historiami, zaś w tle pojawiają się wątki poboczne, takie jak życie prywatne bohatera i jego relacje z rodziną, współpraca z wydawcami przy produkcji albumów autorskich i magazynów mangowych, interakcje zachodzące między twórcami, redaktorami i wydawcami mang, a także sporadyczne doświadczenia seksualne bohatera z kobietami.

Opowieść zaczyna się wraz z zakończeniem wojny. Później kolejno snuje się przez niedostatek lat powojennych i entuzjazm pierwszych symptomów ożywienia gospodarczego. Kończy się unikalną w skali globalnej gospodarczą prosperitą i ogromnym skokiem cywilizacyjnym Japonii. Równolegle z rozwojem Japonii, rozwija się także kariera zawodowa bohater opowieści. Z fascynata tworzącego ręcznie rysowane ziny mangowe, poprzez współautora pierwszych wysokonakładowych magazynów publikujące krótkie historie, aż po redaktora tytułów kreujących japoński rynek mangowy.

Temat wydaje się idealny, to wręcz samograj o potencjale zdolnym zainteresować nie tylko fana japońskiego komiksu, ale także czytelnika zajmującego się szeroko pojmowaną popkulturą.

Niestety, rozciągnięta na 830 stron opowieść jest przeraźliwie nudna, monotonna, wręcz klaustrofobiczna. Postacie komiksu są płaskie, pozbawione głębi, bezbarwne, a ich życie jawi się jako niewiarygodnie puste. Autor nie pokusił się też o głębsze analizy motywów ich postępowania oraz uwarunkowań dokonywanych przez nich artystycznych wyborów i życiowych postaw. Nie zadbał także o głębsze zróżnicowanie psychologiczne postaci, przez co wszystkie są do siebie podobne, różne tylko w mało istotnych szczegółach, a co najgorsze, wszystkie są w równym stopniu nijakie. Czy jest to „życie” ukazane jedynie w kontekście twórczości komiksowej? Czy istnieje poza nim jakieś inne „życie” bohatera, bogatsze w barwy, emocje i wymiary? Autor nie udziela nam w tej kwestii żadnych wskazówek.

Aby poszerzyć horyzont czytelnika i dać mu możliwość głębszego zrozumienia wydarzeń opowiedzianych w komiksie, Tsunami od czasu do czasu ilustruje ważne momenty w historii i kulturze Japonii. Skrupulatnie odnotowuje przełomowe wydarzenia historyczne, pojawienie się kultowych postaci popkultury, premiery istotnych dzieł filmowych, literackich (w komiksie pojawiają się dziesiątki, może nawet setki nazwisk twórców mangi i tytuły ich dzieł) i muzycznych. Ale te wszystkie informacje są jakby zawieszone w próżni i nijak nie przekładają się na lepszą percepcję komiksu. Czytelnik nie ma pojęcia czy miały one jakikolwiek wpływ na życie bohatera powieści i w jakim stopniu (i czy w ogóle) oddziaływały na jego twórczość, czy też posłużyły autorowi wyłącznie do odmierza mijającego czasu w atrakcyjny sposób.

Dużym plusem komiksu, jest możliwość wglądu w realia życia codziennego twórcy mangi. Dowiadujemy się z niego, że początkujący artysta już na początku swojej kariery zawodowej otrzymywał całkiem przyzwoite wynagrodzenie za swoją pracę (a działo się to na początku lata pięćdziesiątych minionego wieku), zaś artysta z pewnym dorobkiem, z rozpoznawalnym w środowisku nazwiskiem, mógł ze swej profesji utrzymać siebie i swoją rodzinę. Z punktu widzenia polskiego twórcy komiksów, to właśnie jest chyba najbardziej niezwykłe i egzotyczne w całym komiksie.


Komiks Yoshihiro Tatsumiego nie urzekł mnie, ale i specjalnie nie rozczarował. Adresowany jest wyłącznie do zatwardziałych komiksowych nerdów i nikomu innemu go nie polecam.

piątek, 27 lutego 2015

DRUGA KRUCJATA – Jonathan Phillips


Druga krucjata nie zakończyła się sukcesem, jak pierwsza i nie miała takiego rozmachu, jak trzecia. Nie obrosła też w legendy, a jej uczestników nie opromieniła chwałą ani nie uczyniła bogatymi. Spowodowała więcej szkód dla chrześcijańskiego świata niż przyniosła pożytku. Dlatego kronikarze nie poświecili jej zbyt wiele miejsca, wstydliwie zamiatając pod dywan historii. Byłem więc zdumiony, kiedy zobaczyłem na półce księgarni dość opasłą książkę Jonathana Phillipsa, pt. „Druga krucjata”, z intrygującym podtytułem „Rozszerzanie granic chrześcijaństwa”.

Tajemnica podtytułu wyjaśniała się już we wstępie do tej monumentalnej monografii. Phillips zalicza do drugiej krucjaty nie tylko wyprawę Henryka VII i Konrada III do Lewantu (z lizbońskim epizodem Anglonormanów) w celu odbicia opanowanej przez Nur ad-Dina Edessy, ale także krucjatę bałtycką i krucjatę iberyjską. Wszystkie te kampanie autor podciąga pod II krucjatę, gdyż wszystkie uzyskały prawa i przywileje wynikające bezpośrednio z bulli papieskiej „Quantum praedecessores” papieża Eugeniusza III. Oczywiście poszerzenie obszaru zainteresowań o te dwie kampanie, ma znaczący wpływ na objętość tekstu.

Początkowe rozdziały nie nastrajają optymistycznie. Rozwlekły, drobiazgowy, zagmatwany styl autora, w połączeniu z zaciemniającą obraz manierą streszczania materiału, który ma być omawiany szerzej w kolejnych rozdziałach książki, wprowadza spory zamęt i utrudnia lekturę. Na szczęście z każdym kolejnym rozdziałem jest coraz lepiej, i wraz z przejściem do właściwego tematu, jakim są przygotowania do krucjaty i sam jej przebieg, styl autora staje się jasny i klarowny.

Jednym z najmocniejszych punktów dzieła Phillipsa jest wnikliwy, obszerny i wręcz fascynujący obraz przygotowań do krucjaty prowadzony przez cały chrześcijański Zachód, ze szczególnym uwzględnieniem najbardziej niezwykłej postać tamtych czasów, opata klasztoru cystersów, Bernarda z Clairvaux. Ten kontrowersyjny duchowny, poczynając od zjazdu możnowładców i duchowieństwa w Vezelay (będącego tym dla drugiej krucjaty, czym dla pierwszej było sobór w Clermont) aż do jej wyruszenia, przemierzył ogromne połacie zachodniej Europy, namawiając rycerstwo i ludzi pośledniejszych stanów do wzięcia krzyża. Pieczołowitość i skrupulatność autora w dochodzeniu przyczyn i motywów przyłączenia się do krucjaty zarówno najważniejszych uczestników wyprawy, jak i prostych ludzi, zasługują na największy szacunek.
Podobnie zachwyca przytłaczająca ilość faktów dotycząca logistyki wyprawy, sposobów i źródeł jej finansowania, a także pochodzenia jej uczestników. W dążeniu do prawdy autor nie ogranicza się wyłącznie do czerpania ze źródeł historycznych, ale chętnie sięga po dzieła literackie, i to zarówno pisarzy chrześcijańskich jak i muzułmańskich.

W kwestii samej krucjaty w Outremer nie dowiadujemy się niczego, czego nie wiedzielibyśmy do tej pory, z jednym wszakże wyjątkiem. Większość historyków, a przynajmniej tych, z którymi poglądami miałem okazje się zapoznać, uważała poniechanie ataku na Aleppo i Szajzar oraz skierowanie potencjału krucjaty na Damaszek, za ogromny, granicząc wręczy z głupotą błąd, który w konsekwencji doprowadził do porażki krucjaty. Phillips staje po stronie mniejszości, która uważała ten manewr za uzasadniony w perspektywie potencjalnego sojuszu Nur ad-Dina z Unurem, mogącego położyć kres całemu Outremer. Choć nie jest to idea nowa, to w jego wykonaniu bardzo przekonywująca.

Duży plus należy się też autorowi za wnikliwe przedstawienie pierwszych akcji chrystianizacji Słowian oraz za opis krucjaty iberyjskiej, której zwycięstwa militarne, takie jak zajęcie Lizbony i Tortosy, były jedynymi trwałymi zdobyczami II krucjaty.

Dzieło Phillipsa, może poza kilkoma pierwszymi rozdziałami, z pewnością jest warte przeczytania i polecenia każdemu fascynatowi historii średniowiecza i ruchu krucjatowego.

piątek, 20 lutego 2015

JEZUS OŚMIESZONY – Leszek Kołakowski


„Jezus ośmieszony”, to napisany w połowie lat osiemdziesiątych esej, „apologetyczny i sceptyczny”, nigdy przez autora nie ukończony, a znaleziony w jego archiwum i wydany obecnie. Głównym tematem eseju jest próba opisania znaczenia osoby Jezusa Chrystusa, jako postaci mitycznej oraz poszukiwanie śladów jego uniwersalnego przesłania w czasach współczesnych.

Kołakowskiego nie interesują dywagacje na temat natury Chrystus, gdyż traktuje go jako element składowy cywilizacji europejskiej, jako mit, w który przez stulecia wierzono i poprzez pryzmat którego postrzegano rzeczywistość. Osobiście w boskość Jezusa (podobnie jak w jakąkolwiek boskość) nigdy nie wierzyłem. Nigdy też nie miałem większego szacunku dla Jezusa, jako postaci historycznej i zawsze postrzegałem go jako religijnego ekstremistę, radykała pragnącego jedną religia zastąpić inną, jeszcze bardziej ortodoksyjną i wymagającą większych poświęceń.
Dlatego potraktowanie tematu bardziej z perspektywy socjologicznej niż religijnej, jest dla mnie całkowicie do przyjęcia. Niestety, owa deklarowana neutralność światopoglądowa szybko została zastąpiona indoktrynacją religijną (czytając książkę kilkakrotnie sprawdzałem nazwisko na okładce, aby się upewnić, czy przypadkiem nie pomyliłem autora).

Książka jest też podsumowaniem obecnych w kulturze trendów zmierzających do pogodzenia rzeczy z natury nie do pogodzenia, czyli religii i nauki (wielowiekowe doświadczenie uczy nas, że oba te zbiory nie mają części wspólnych i religia zaczyna się tam, gdzie kończy się nauka).

Filozof przytacza przy tym nienową, ale niezwykle irytującą tezę głoszącą, że skoro nauka nie może udowodnić nieistnienia Boga i nie ma żadnego dowodu na to, że Boga nie ma, to znaczy, że nauka wierzy, że on nie istnieje. Czyli nauka w swej niewierze zostaje zrównana z religią w swej wierze.

A przecież nauka nie jest od udowadnianie nieistnienia bogów, obecności stad różowych słoni na niewidocznej stronie Księżyca czy lewitujących, tybetańskich mnichów. Dlaczego wierzącym się wydaje, że z formalnego punktu widzenia udowodnienie nieistnienia Boga jest czymś ważniejszym, niż udowodnienie nieistnienia elfa czy wikołaka? Brak wiary w istnienie Boga wynika z osobistych doświadczeń miliardów ludzi na całym świecie, którzy nigdy żadnego Boga nie widzieli. Nikt nie przedstawił też żadnych dowodów na jego istnienie (podobnie jak nie udowodniono istnienia elfa, lewitującego tybetańskiego mnicha, czy stada różowych słoni na niewidocznej stronie Księżyca). Wierzący odwracają więc kolej rzeczy i sami nie znajdując żadnego dowodu na istnienie Boga, każą nam szukać dowodu na jego nieistnienie, Śmieszne to i żałosne zarazem.

W nauce nie ma miejsca dla Boga, a naszym naturalnym stanem jest brak wiary W milionach wzorów, twierdzeń i definicji (matematycznych, fizycznych, chemicznych, biologicznych) według których funkcjonuje coraz lepiej poznany wszechświat, nie ma żadnej stałej transcendentnej, żadnego współczynnika boskości czy liczby Boga. Mimo to świat opisany tymi wzorami działa doskonale, a zbudowane dzięki współczesnej nauce i nowoczesnej technologii urządzenia odmieniają nasze życie w stopniu, jaki nie śnił się nawet największym filozofom.

środa, 4 lutego 2015

MURY HEBRONU - Andrzej Stasiuk


Przemierzając przepaściste otchłanie internetu natrafiłem na forumową dyskusję, w której wykształceni (bądź kształcący się jeszcze), wrażliwi, zamożni, młodzi ludzie z dobrych domów, zasuwali grypserą z łatwością starej recydywy. Z ciekawości prześledziłem wątek i szybko natrafiłem na krynicę owej wiedzy, książkę Andrzeja Stasiuka, „Mury Hebronu”.

Fabuła powieści jest niezwykle prosta, wydaje się być wręcz kompilacją dwóch znanych utworów: łotrzykowskiej powieści o tematyce więziennej „Co jest za tym murem” Jacka Stwora i filmu „Nie zaznasz spokoju” w reżyserii Mieczysława Waśkowskiego. Świat git-ludzi, dla większości z nas egzotyczny i zupełnie nieznany, w powieści Stasiuka ożywa z niezwykłą intensywnością, dzięki zastosowaniu więziennej grypsery, jako artystycznego środka wyrazu. Ponadto autor, z właściwą sobie brawurą, wprowadza do powieści odważne wątki seksualne rozgrywające się zarówno pod więzienną celą, jak i poza nią, co wyraźnie odróżnia tę prozę od wcześniejszych rodzimych produkcji poruszających tematykę więzienną. Owa wstrzemięźliwość twórców w tym aspekcie nie wynikała bynajmniej z obyczajowej pruderii, ale była konsekwencją najpierw czujnej, komunistycznej cenzury, a później autocenzury.

Fabuła jest tu sprawą drugorzędną, gdyż stanowi tylko tło dla głębszych, antropologicznych, socjologicznych i psychologicznych rozważań. Stasiuk patrzy na otaczający nas świat, na rządzące nim zasady i obowiązujące kryteria wartości z perspektywy grypsującego recydywisty. To, co widzi, jest lustrzanym odbiciem naszej moralnej i etycznej rzeczywistości. Jest to świat wartości na opak, w którym uczciwi ludzie są frajerami, a bandyci, kurwy i złodzieje, cwaniakami. Frajer jest przydatny o tyle, o ile cwaniak może go wykorzystać i okraść. Cwaniak nie hańbi się uczciwą pracą, gdyż ta jest dla frajerów. Złodziej uczy się tych zasad od dzieciństwa, a jego uniwersytetem często bywa zakład poprawczy.
Oczywiście zdecydowana większość z nas nie ma zielonego pojęcia o swej podrzędnej roli i gardzi złodziejami. Od najwcześniejszych lat gnębi ich przy pomocy represyjnego aparatu sprawiedliwości, pomiata nimi, kiedy meneleją, a na koniec wyrzuca poza nawias społeczeństwa. Cwaniakowanie ma też swoją cenę, a jest nią więzienie. Pewne, nieuchronne, długoletnie, wpisane w przeznaczenie złodzieja. Kto nie jest na nie gotów, nie jest prawdziwym cwaniakiem.

Więzienie jest miejscem, w którym następuje zamiana ról. Trafiają do niego zarówno cwaniaki jak i frajerzy (zdarza się, że pod jedną celą siedzi morderca i małolat, który buchnął komuś rower). Dotychczasowy parasol ochronny rozpięty nad frajerami na wolności przez aparat bezpieczeństwa znika i frajer zostaje skazany na łaskę i niełasce złodziei. Jeśli ma charakter i trochę szczęścia, przetrwa. Jeśli nie, w ekstremalnych przypadkach, zcwelony i zeszmacony, stanie się wrakiem ludzkiej egzystencji.

Stasiuk wprowadza do tego świata odrobinę, niepotrzebnego moim zdaniem, patosu i heroizmu. Mimo to główne przesłanie jest czytelne: recydywiści, prawdziwi ludzie - jak o sobie mówią, nie podlegają resocjalizacji, ba, gardzą nawet tymi, którzy żałują popełnionych grzechów i obiecują sobie poprawę. Prawdziwy człowiek kradnie, napada, oszukuje, zabija, a kiedy przyjdzie pora, płaci za to więzieniem, zaś wyrok ma być adekwatny do popełnionej przez niego zbrodni (pod celą nie pyta się współwięźnia, ile lat dostał, ale z jakiego paragrafu go zamknęli). Dla niego jest to naturalna kolej rzeczy, na którą się godzi i którą akceptuje (niezwykle sugestywnie oddaje to Jean Genet w swoim słynnym eseju „Dziecko przestępca”). Jest na to przygotowywany i kiedy trafia za kraty, nie rozpacza, nie histeryzuje, tylko dostosowuje się i układa sobie życie wedle panujących pod celą zasad. Jak mogłoby być inaczej, skoro niektórzy z nich spędzają pod celą większość swojego życia? Wiezienie jest dla nich czymś więcej niż domem, którego czasem nigdy nie mieli.


Książka Stasiuka powinna być lekturą obowiązkową w starszych klasach gimnazjum lub w pierwszych klasach liceum. Nie mam złudzeń, że ktoś pod jej wpływem zmieni swoje postępowanie, ale niech może chociaż zada sobie pytanie, czy aby na pewno jest odpowiednio przygotowany na spotkanie z ludźmi?