środa, 22 lutego 2012

MIŁOSZ - historie prawdziwe.


Miłosz - rok 2002 (fot. Łukasz Wójcik)

Kolejnym komiksem przewidzianym na ten rok, jest cykl shortów o Miłoszu narysowany przez Artura Chochowskiego, Zygmunta Similaka, Ryszarda Dąbrowskiego oraz Adama Walczukiewicza na potrzeby „Magazynu Fantastycznego”. Są to jedno i dwuplanszówki oparte na doświadczeniach mojego najmłodszego syna, Miłosza.
Wraz z zamknięciem pisma zrezygnowałem z dalszej pracy nad serią, ale zanim do tego doszło, powstał materiał, które zamierzamy zebrać w jeden album i wydać jesienią pod szyldem „Strefy Komiksu”.

"TE DNI" - rysunek Zygmunt Similak.

wtorek, 14 lutego 2012

U PREZYDENTA


(Na pustym krześle usiądzie prezydent (kiedy skończy przemawiać), za nim siedzi Tadeusz Mazowiecki, a za nim ja).

13. lutego brałem udział w spotkaniu prezydenta Bronisława Komorowskiego z twórcami kultury, imprezie zapowiadanej jako wydarzenie cykliczne. Prezydent dziękował twórcom i animatorom kultury za ich wysiłek i wkład w rozwój kultury, głównie w kontekście polskie prezydencji w Unii Europejskiej, a także zapraszał wszystkich do udziału w konsultacjach w sprawie ACTA (całość wystąpienia jest na You Tubie).  

Prezydent nawoływał do konsolidacji środowiska twórców w sprawie ACTA i poważne podejście do tego ważnego dla nich dokumentu. Odniosłem wrażenie, że prezydent raczej nie zakłada dyskusji czy dokument jest potrzebny, ale w jakiej formie go przyjąć.

Później głos zabrał przedstawiciel środowiska twórców, Mikołaj Grabowski, który stwierdził, że między bielą i czernią jest sporo odcieni szarości, a także utwierdził wszystkich w przekonaniu, że choć twórca z miłości do sztuki gotów jest czasem zrobić coś za darmo, to na dłuższa metę tak się nie da i kultura bez mecenatu państwowego (jedynego mecenatu w RP) nie przetrwa.
Prezydent ze zrozumieniem pokiwał głową.

W części nieoficjalnej artyści rozmawiali głównie o tym, o czym lubią rozmawiać najbardziej, czyli o samych sobie.  

Nihil novi...

piątek, 10 lutego 2012

SIŁA MOJEGO PIENIĄDZA


Tyle książek można kupić za 50 zł.
(zostały dziś wybrane ze znacznie bogatszej oferty)

W beztroskich czasach realnego socjalizmu wiele godzin spędzałem na bezkrwawych polowaniach, podczas których moim łupem padały książki wszelakie ze szczególnym uwzględnieniem fantastyki naukowej. Popołudniowe podchody rozpoczynałem od trzech księgarń ulokowanych niedaleko mojej szkoły. Pierwsza znajdowała się w dole ulicy Traugutta tuż obok radomskiego dworca PKP, zaś dwie następne, sąsiadujące przez ścianę, znajdowały się nieco wyżej tej samej ulicy, vis a vis ponurego budynku komendy wojewódzkiej milicji. Następnym przystankiem był antykwariat na Placu Konstytucji, po czym zmierzałem w kierunku głównego traktu miasta, ulicy Żeromskiego, gdzie przycupnęły trzy kolejne księgarnie. Wychodząc z ostatniej wystarczyło przejść na drugą stronę jezdni, aby znaleźć się na terenie Starego Miasta, gdzie w antykwariacie przy ulicy Rwańskiej kończyłem swoją podróż.
Zazwyczaj nie starczało mi czasu na odwiedzenie wszystkich punktów jednego dnia (chyba, że akurat byłem na wagarach) więc czasem moją wędrówkę zaczynałem od końca, czyli od małego antykwariatu na starówce.

Trasę tę pokonywałem dwa, trzy razy w tygodniu. Oprócz wspomnianych księgarń istniały także inne miejscówki, nieco bardziej oddalone od centrum miasta. Przynajmniej raz w tygodniu byłem w większości z nich.

Trofea, jakie przywoziłem z tych polowań, zazwyczaj ograniczały się do jednej, czasem dwóch książek. Od święta moim łupem padało więcej niż trzy książki. Częściej zdarzały się dni, że nie trafiłem nic godnego uwagi.

Oprócz tego na zakupy jeździłem do Warszawy, Łodzi i na giełdę do Krakowa.

Tylko cztery radomskie księgarnie z tamtych czasów przetrwały do dziś. Większość padła, a w ich miejsce  pojawiły się nowe. W większości są to sklepy wielobranżowe sprzedające między innymi podręczniki, różnej maści poradniki i książki dla dzieci, gdzie czasem można kupić także beletrystykę. Sieciówki, takie jak „Empik” czy „Matras”, dysponują znacznie bogatszą ofertą (książki ze zdjęcia zamieszczonego powyżej pochodzą z tej drugiej).

poniedziałek, 6 lutego 2012

ROK PAŃSKI 2012


Rok 2012 zapowiada się bardzo ciekawie. Mamy gotowych do druku pięć albumów (dwa tytuły to desant z roku 2011), a prace nad kolejnymi trzema są mocno zaawansowane i istnieje duże prawdopodobieństwo, że większość z nich ukażą się w tym roku. Byłby to znaczny postęp w stosunku do poprzedniego, który także do najgorszych nie należał.

Postronnemu obserwatorowi te butne zapowiedzi mogą się wydać niedorzeczne, bo tu niby taki kryzys, nawet recesja gdzie niegdzie, bo pazerność Empiku niszcząca resztki cywilizacji na Wielkiej Równinie Europejskiej, bo pięcioprocentowy Vat cośtam, cośtam, bo przepowiednie Majów, itd., itp.

Plany te są możliwe do realizacji dzięki jednemu prostemu zabiegowi, mianowicie przechodzimy na amatorstwo. Tak jak bokserzy przechodzą na zawodowstwo, tak my przechodzimy na amatorstwo. Bo każdy, nawet najmniej rozgarnięty recenzent widzi, że komiks to nie jest boks, że komiks w zasadzie jest pod każdym względem zaprzeczeniem boksu, dlatego właśnie, aby te różnicę uwypuklić, podkreślić dwoma falistymi liniami i zaakcentować, z zawodowstwa przechodzimy na amatorstwo. Właśnie tak, a nie odwrotnie.

Dlatego zaś przechodzimy na amatorstwo, że na zawodowym rynku się dusimy, że jest on zbyt ciasny dla naszych dalekosiężnych planów, że ogranicza nasze możliwości, no i dlatego wreszcie, że tego rynku praktycznie nie ma, że istnieje on tylko i wyłącznie w gorących głowach komiksiarzy, a znajduje ujście w bredzeniu o jakichś strategiach rozwoju, analizach, podsumowaniach, itd.
To wszystko bzdury.

Żadne wydawnictwo w Polsce nie dysponuje środkami pozwalającymi na zainwestowanie w polskiego twórcę, na zamówienie komiksu i zapłacenie mu przyzwoitej stawki za jego pracę (jeśli zdarzają się jakieś wyjątki, to tylko te potwierdzające regułę). Dlatego nazwiska uznanych twórców komiksowych pojawiają się coraz rzadziej na okładkach komiksów, a jeśli już, to bądź u wydawców spoza „komiksowa”, bądź na reedycjach prac powstałych przy okazji innych, wcześniejszych projektów, czy w końcu jako pozycje finansowane z państwowej kasy. No i oczywiście są jeszcze twórcy wydający komiksy własnym sumptem, bo w dobie druku cyfrowego i taniego xero nikt im łaski nie robi, i za niewielkie pieniądze mogą wydawać co chcą, kiedy chcą i jak chcą.

Z tych powodów komiksy w Polsce tworzy się z czystej miłości do komiksu, dla samej radości tworzenia, dla własnej satysfakcji. Z tych samych powodów wydają je wydawcy. Dlatego jest pewna pokoleniowa ciągłość i w miejsce twórców, którzy odchodzą, bo już się wypalili, rozczarowali, bo umarła w nich radość i potrzeba tworzenia, pojawiają się nowi, pełni zapału, nadziei i wiary, że odnowią formułę, że przekroczą granicę, że przywrócą splendor.

Jedynym prawdziwym kapitałem wydawców, są dobre stosunki z animatorami kultury komiksowej rozsianymi po redakcjach pism papierowych i internetowych, blogerów i facebookowych wymiataczy. To oni memlą aż do bólu te same memy, takie jak: „komiksowy rynek”, „komiks nie jest dla dzieci”, „komiks PRL kontra młodzi zdolni”, „komiks to sztuka przez duże „S””, „plecy konia”, itd. Oni swym wszędobylskim jazgotem, w dobrej wierze nie wątpię, wyczarowali fatamorganę polskiego rynku komiksowego. Rynku dodajmy zawodowego. W ich podsumowaniach, analizach i innych czynnościach z grubsza przypominającym procesy myślowe, „Strefa Komiksu” niemal się nie pojawia, a jeśli już, to sporadycznie, epizodycznie, wstydliwie zamieciona pod dywan, zaś wiele komiksów ze „Strefy” w ogóle nie doczekało się recenzji, a jeśli już to z opóźnieniem idącym już nawet nie w miesiące, a lata (na palcach jednej ręki można policzyć tytuły, które zrecenzowano w czasie krótszym niż trzy miesiące). Chyba nikomu nie trzeba wyjaśniać, że po takim okresie recenzje te potrzebne nam są jak umarłemu kadzidło.

Mając to wszystko na uwadze przechodzimy na amatorstwo bo tylko w nim widzimy strategię na przetrwanie.

Dalej chcemy kontynuować kilka projektów („Mrok”, „Exodus”, „Gwiezdne bezdroża”, „Przygody Miłosza”) do realizacji których zapraszam wszystkich zainteresowanych rysowników. Komiksy zostaną podzielone na epizody, więc każdy będzie mógł zrealizować tyle, na ile będzie miał ochotę w konwencji, jaka mu najbardziej odpowiada (pierwszym projektem zrealizowanym w tej technologii był „Mrok 2 – Krwawe żniwo”).


Pierwszym w tym roku albumem z naszego wydawnictwa będzie EXODUS. I to od razu dwa pierwsze albumy. Pierwotnie komiks był drukowany w „Magazynie Fantastycznym” i miał formułę serialową, kolejne epizody miały opowiadać odrębne historie, a całość spajać tylko obecność bohaterów opowieści. Komiks rysował Jacek Brodnicki, ale szybko okazało się, ze nadmiar obowiązków uniemożliwił mu rysowanie kolejnych odcinków i kontynuacja EXODUSU stanęła pod znakiem zapytania. W związku z tym nieco zmieniliśmy plany i dorysowując około 20 plansz zamknęliśmy opowieść w dwóch albumach, zostawiając sobie jednocześnie furtkę do kontynuowania opowieści. Jeśli więc zgłoszą się do mnie rysownicy zainteresowani kontynuowaniem serii, pociągniemy ją dalej. Jeśli nie, te dwa komiksy będą stanowić zamkniętą całość.

środa, 25 stycznia 2012

Tomasz Biniek nagrodzony przez "CD Projekt"

 Z radością informuję, że praca Tomasza Bińka, pt. „Ból myślenia”, zajęła 2 miejsce w konkursie artystycznym firmy „CD Projekt” (wydawcy między innymi gry komputerowej „Wiedźmin I” i „Wiedźmin II”). Konkurs polegał na przedstawieniu własnej wizji mrocznej przyszłości w formie literackiej bądź graficznej.



Nagrodzona praca pochodzi z okładki antologii komiksowej „Apokalipsa 2” wydanej w ramach „Strefy Komiksu” w roku 2009 (gdzie zebrała bardzo pozytywne opinie ludzi współpracujących z naszym wydawnictwem).

Później kolejne ilustracje Tomka gościły na okładkach „Magazynu Fantastycznego” (dwie prace nagrodzone w konkursie na najlepsze ilustracje do opowiadań ogłoszonych przez portal „Gildia.pl”).




Nagroda dla twórcy cieszy tym bardziej, gdyż według mnie jest on jednym z najzdolniejszych ilustratorów w naszym smutnym kraju.

wtorek, 27 grudnia 2011

LIKWIDATOR

LIKWIDATOR
Będę gadał i gadał, aż powiem wszystko, co chcę, bo komiks nie musi być zawsze błahą i lekką lekturą dla ociężałych umysłowo...
Likwidator – W służbie rewolucji

W powszechnej i zgodnej opinii kasty krytyków pasożytujących na współczesnej sztuce, po upadku komuny nie powstało w naszej kulturze dzieło godne uwagi.
Co jakiś czas, głównie za sprawą środowiskowych koterii, głośne stają się produkty, w których artyści każą nam patrzeć na świat oczami ćpuna, pijaka, kryminalisty, lesbijki, dresiarza czy dziwki. I choć światy wykreowane przez te egzotyczne persony nie są do końca pozbawione uroku, to szybko okazuje się, że nie dzieła to są, tylko dziełka, upadłe gwiazdki jednego sezonu. I znów zaczyna się biadolenie, że nikt nie napisał współczesnej powieści analizującej rzeczywistość na miarę „Przedwiośnia” Żeromskiego, w teatrze nikt nie wystawił sztuki zbliżonej poziomem do inscenizacji Swinarskiego, nie powstało dzieło godne obrazów Dudy-Gracza, teatru Kantora czy instalacji Hasiora. Ogólną mizerię pogłębia fakt, że bezideowość współczesnej sztuki boli niemal fizycznie...
Jednocześnie współczesna krytyka pozostaje ślepa na dzieła powstające poza murami kulturowych gett – na fantastykę czy komiks.

W filmie „Upadek” Jola Schumachera kreowany przez Michaela Douglasa bohater na skutek błahych z pozoru okoliczności popada w obłęd. Tłumiony przez lata bunt znajduje ujście i sfrustrowany bezrobotny inteligent rusza w miasto, by rozprawić się z patologiami systemu. Są one oczywiste i z pozoru niewinne, jak kłamliwa reklama, kryjący się w cieniu demokracji skrajny nacjonalizm, bezduszne prawodawstwo zakazujące ojcu kontaktu z własnym dzieckiem, tolerowanie drobnego bandytyzmu, wyłudzanie pieniędzy podatników przez prywatne firmy. Ostatecznie bohater ponosi klęskę, zostaje pokonany przez ludzi takich samych jak on, ani bardzo dobrych ani bardzo złych, zwykłych obywateli w służbie systemu.
Patrząc na Michaela Douglasa, uświadomiłem sobie, że postać ta jest mi dziwnie znajoma. Jego bunt, bardziej świadomy i osadzony w swojskich klimatach jest udziałem jednej z najbarwniejszych i najbardziej rozpoznawalnych postaci polskiego komiksu - Likwidatora.
Trwanie tego dzieła za murami komiksowego getta świadczy o totalnej bezradności w opisywaniu współczesnej sztuki przez tak zwaną krytykę.

POCZĄTKI
Likwidator narodził się w roku 1995 dla potrzeb fanzinu wydawanego przez anarcho-punkową kapelę AMEN. W ciągu trzech majowych tygodni powstały pierwsze epizody, które następnie ukazały się w albumie „Likwidator – Trylogia”. Album ten, podobnie jak dwa następne „Likwidator – Krwawy rajd” oraz „Likwidator – Decydujące starcie” to typowe komiksy drogi. Przygody następują tu jedna po drugiej, bez związku przyczynowo-skutkowego, zaś jedynym elementem scalającym poszczególne epizody w całość jest postać samego Likwidatora.
Tytułowy bohater (fantastyczne i udoskonalone alter ego autora), określany mianem ekoterrorysty, przemieszczając się na potężnym motocyklu, w czarnym przebraniu i w kominiarce na głowie dokonuje aktów bezprzykładnej likwidacji. Będąc jednocześnie oskarżycielem, sędzią i katem, zanim dokona aktu likwidacji, dokładnie uzasadnia swoją decyzję, sprawiając, że osoba oskarżona i skazana ma świadomość zła, które swym działaniem wyrządziła. Jego rozbudowane monologi wywodzą się z ideologicznego tygla będącego mieszaniną haseł lewackich, anarchistycznych, proekologicznych, humanistycznych, naturalistycznych, a także pewnej domieszki filozofii Fryderyka Nietzschego i poglądów Teodora Kaczyńskiego.
W następnym albumie „Likwidator & Zielona Gwardia” Dąbrowski odchodzi od schematu komiksu drogi i konstruuje opowieść opartą na klasycznych wzorcach dramatu antycznego. Otrzymujemy wstrząsającą historię, w której bohater odsłania przed nami bardziej ludzkie oblicze, pełne niepewności, rozterek duchowych i zwątpienia w celowość prowadzonej przez siebie walki. W tym albumie pojawia się też pewna dawka metafizyki, nieobecna w poprzednich.
O ile w trzech pierwszych albumach likwidacje miały charakter spontaniczny i nie owocowały skutkami długofalowymi, o tyle w czwartym albumie Likwidator postanawia działać planowo i racjonalnie, przyłączając się do rewolucji mającej obalić ustrój społeczno-polityczny w Polsce. Co prawda, z pobudek osobistych i nieco wbrew sobie, ale zawsze...
Kolejny album „Likwidator: Autozdrada” kompozycyjnie jest podobny do poprzedniego, lecz tym razem Likwidator jest postacią drugoplanową, zaś na pierwszym planie pojawia się postać dziennikarki walczącej o godność zawodową i ocalenie Puszczy Białowieskiej.
Ostatni album „Likwidator: W służbie rewolucji” jest powrotem do wypróbowanego w pierwszych trzech albumach komiksu drogi.
Zakres tematów poruszanych przez Dąbrowskiego, a co za tym idzie zbiór osób podlegających potencjalnej likwidacji jest bardzo szeroki. Dotyczy zarówno polityki, ekologii, jak i szeroko pojmowanej problematyki społecznej.
Z właściwym sobie poczuciem humoru i dystansem wobec absurdów rzeczywistości Dąbrowski przeciwstawia swojego bohatera religijnej indoktrynacji, bezmyślnemu niszczeniu środowiska naturalnego, nacjonalizmowi, głupocie polityków, itd. Jeśliby traktować przygody Likwidatora z przymrużeniem oka, wyłoniłby się nam obraz bohatera kontestującego rzeczywistość, drwiącego z absurdów naszego tu i teraz, oskarżającego, skazującego i likwidującego rzesze niegodziwców w świetlistym akcie zemsty ku uciesze gawiedzi i strapieniu moralnych autorytetów. To niemal sielankowy wizerunek superbohatera na co dzień skutecznie porządkującego nasze podwórko, a od święta ratującego cały świat.
Ta nie do końca poważna wizja naszego bohatera (wspomaganego przez zagubionego w czasoprzestrzeni hippisa i ponętną Likwidatorkę) skonstruowana zgodnie z konwencją sztuki komiksowej, z właściwymi tej konwencji jednoznacznościami, przerysowaniami i wyolbrzymieniami, kusi prostotą i charakterystyczną dla komiksu superbohaterskiego dwuwymiarowością.
Jednakże, aby pojąć prawdziwy wymiar likwidacji, zrozumieć, kim faktycznie jest Likwidator, jakie są motywy jego postępowania, dlaczego posługuje się takimi, a nie innymi metodami, a nade wszystko uświadomić sobie, o czym jest ten komiks, trzeba przyjrzeć się kilku zagadnieniom i wyjaśnić kilka zasadniczych dla komiksu kwestii. Innymi słowy, należy Likwidatora potraktować poważnie.



KWESTIE SPOŁECZNE
Od samego początku swego istnienia Likwidator staje po stronie uciśnionych. Przeciwdziała złu, które jest powszechne, oczywiste, namacalne, a mimo to niezauważalne, przemilczane, bezkarne. Wcielając się w anioła zemsty, uwrażliwia nas na zbrodnię, nadając jej nazwę i wskazując sprawcę. Robi to w sposób brutalny, zabójczo skuteczny, niepodlegający dyskusji. Obce jest mu słowo „resocjalizacja”. Jak sam mawia: „Nie chce nikogo zmuszać, by żył niezgodnie ze swoim charakterem, nie chce nikogo zmieniać – gdy widzę, że ktoś jest z natury bydlakiem – po prostu go likwiduję. I tyle. Próba uczynienia ludzi dobrymi to jak pokazywanie świniom lecącego orła”.
Likwidator interweniuje w przypadkach przemocy w rodzinie, patologicznych zachowań młodzieży (nagłaśnianych przez media przy okazji kolejnych tragedii w szkołach), wykorzystywania w domach publicznych seksualnych niewolnic (problem w samej tylko UE dotyczy 500 tys. kobiet), wszechobecności pospolitego chuligaństwa, bezmyślnego zabijania dzikich zwierząt i znęcania się nad ich udomowionymi krewniakami.
Swymi likwidacjami piętnuje stosunki pracy panujące na polskiej prowincji: nieludzkie traktowanie pracowników („ścierwa najemne”, „brudasy robocze”, „opierdalusy śmierdzące”) przez „jaśnie pana dyrektora” wykorzystującego trudną sytuację na rynku pracy.
Likwiduje tam, gdzie z pobudek politycznych działanie prawa zostało zawieszone (gdy psy systemu trzymane są na krótszym niż zazwyczaj łańcuchu), a młodociani faszyści działają bezkarnie pod parasolem ochronnym partii politycznych sprawujących rządy w demokratycznym państwie. Stosuje przy tym metody, które, jak sam przyznaje, topiąc w sedesie polskiego nacjonalistę, przekraczają granice dobrego smaku. W tym konkretnym przypadku Likwidator nie broni mniejszości narodowych (ani jakichkolwiek innych mniejszości), ale potępia sam nacjonalizm. Aby nie było żadnych wątpliwości, likwiduje kilku rabinów, wykrzykując przy tym: „nie znoszę klechów wszystkich wyznań [...] nie ma się co cackać z bydlakami tylko dlatego, że kiedyś byli prześladowani przez innych bydlaków”.



LIKWIDATOR vs. RELIGIA
Kolejną kwestią, której Likwidator przeciwstawia się z całą mocą, jest indoktrynacja społeczeństwa przez Kościół. Księża i duchowni różnych kościołów to dość częsty i łakomy kąsek dla naszego bohatera.
Według Likwidatora nauka kościoła to „wciskanie ciemnoty” i „sączenie religijnego jadu”, gdyż nie ma żadnych naukowych ani filozoficznych dowodów na istnienie Boga. Religia to szwindel, który za cenę złudnych pocieszeń odbiera człowiekowi wewnętrzną wolność. Jej zakazy i nakazy moralne są niczym wewnętrzny policjant. Likwidator odmawia chrześcijaństwu głębi duchowości, które według niego, w porównaniu choćby z buddyzmem jest wręcz „duchowym obskurantyzmem”. Odrzuca panujące powszechne przekonanie, że chrześcijaństwo jest fundamentem kultury europejskiej. Według Likwidatora są nimi kultury starożytnej Grecji i Rzymu, z których chrześcijaństwo przez wielki obficie czerpało, jednocześnie hamując rozwój cywilizacji i pogrążając świat na przeszło tysiąc lat w mrokach średniowiecza (co w zasadzie powinno być mu na rękę, gdyż panowanie Kościoła w tym okresie skutecznie zatrzymało rozwój nauki i dopiero oświecenie eksplodowało odkryciami i wynalazkami, które w niedługim czasie stały się podwalinami rewolucji przemysłowej).
Chrześcijaństwo, wpajając lekceważenie dla materialnego świata i kusząc cudownymi zaświatami w niebie, pośrednio przyczynia się do globalnej katastrofy ekologicznej. Cywilizacja chrześcijańska zawsze niszczyła dzikie życie, traktując naturę jak wroga (królestwo szatana), zaś chrześcijański dogmat, że tylko raz przychodzimy na ten świat, sprzyja wyniszczaniu planety, bowiem wpisany w ludzką naturę egoizm każe myśleć w kategoriach „po nas, choćby i potop...”.
Wychodząc z założenia, że Bóg - jakikolwiek - to pusta idea, Likwidator z równą mocą jak kościołowi katolickiemu przeciwstawia się fanatykom islamskim, którzy nie dość, że „deprecjonują wartości materialnej rzeczywistości” to na dodatek „sprowadzają kobiety do roli sprzętu domowego”.
Kościół nie pozostaje Likwidatorowi dłużny i co rusz podejmuje próby jego zgładzenia. Dla Kościoła nasz bohater to antychryst wychowywany na filmach i komiksach pełnych przemocy i seksu, to przejaw bezbożnej kultury Zachodu i cywilizacji śmierci, to wręcz zagrożenie dla bytu biologicznego polskiej rasy. W zależności od zapotrzebowania politycznego bywa przez kościelną propagandę przedstawiany jako przysłany przez Iran islamski ekstremista bądź też jego pojawienie się jest uzasadniane jako skutek postępującej w polskim społeczeństwie sekularyzacji i relatywizmu moralnego.
Próbując nazwać przeogromne zło, jakim jest Likwidator, Kościół sięga po teorie spiskowe, głosząc, że jest on przede wszystkim środkiem do osiągnięcia celu (przez wiadome siły), to znaczy do osłabienia wpływu Kościoła na naród. Zapobiec temu można tylko poprzez zwiększenie datków i dotacji dla Kościoła, zakaz emisji, druku i prezentacji programów, wydawnictw oraz filmów i spektakli niezaakceptowanych przez inspekcje nadzoru kultury.
Nieobce są też głosy, że naszego superbohatera wynajęli Żydzi, aby odpłacił Polakom za pogromy w Kielcach, Jedwabnem, Radziłowie i Stawiskach.
Dąbrowski, nie chcąc sprowadzić światopoglądu Likwidatora do „prymitywnego” ateizmu, w miejsce idei Boga wprowadza inny, konkurencyjny dla religii uniwersalistycznych absolut, którym jest natura - święty absolut duchowo-materialny. To dość mętna religia.
Według niej natura (o której należy myśleć w kategoriach metafizycznych, a nie materialistycznych) to bezmiar niewyobrażalnej ilości istnień duchowo-materialnych. Ogrom, który nie potrzebuje żadnego Boga, gdyż sam jest źródłem i ożywczą mocą. W wymiarze duchowym tworzy inteligentną, czującą nadosobę (świadomości tej nadosoby doświadcza grany przez Johna Travoltę bohater filmu „Fenomen”).
Religia ta zakłada, że ludzie, zwierzęta i rośliny posiadają wewnętrzną siłę, moc, która może być przekazywana przez jeden byt ożywiony innemu, dzięki czemu człowiek poprzez ciągłe odradzanie się w nowym wcieleniu tu, na tym świecie (nie w fikcyjnych zaświatach), zyskuje nieśmiertelność (pod warunkiem, że był wierny matce naturze, zaś natura w swej nieograniczonej mądrości usuwa zbędny zapis poprzedniego bytowania, by nie obciążać psychiki nadmiarem zbędnych informacji).
Owo pragnienie nieśmiertelności, a także miłości i bezpieczeństwa, będące naturalnym wyrazem instynktu życia, winno być wykorzystane z pożytkiem dla całej biosfery naszej planety. Dlatego trzeba zaszczepić masom ekologiczny mistycyzm, czyli rozpropagować wielką religię matki natury. Dzięki temu ludzie stopniowo uświadomiliby sobie, że ich osobista nieśmiertelność zależy od ich duchowej więzi z naturą, co zapobiegłoby ekologicznej apokalipsie.
Według mnie to najsłabszy punkt komiksu. Jak pisze Slavoj Zizek, filozof i publicysta: „Lekcja współczesnego terroryzmu pokazuje, że jeśli Bóg istnieje, wszystko jest dozwolone – przynajmniej według tych, którzy utrzymują, że działają wprost na zlecenie Boga. Bezpośrednia łączność z Bogiem usprawiedliwia najwyraźniej pogwałcenie wszelkich ludzkich ograniczeń. Krótko mówiąc, fundamentaliści nie różnią się od „bezbożnych” komunistów stalinowskich, którym było wolno wszystko, ponieważ postrzegali siebie jako bezpośrednie narzędzie swego boga, Historycznej Konieczność Postępu”.
Likwidator działający w imię jakiejkolwiek religii traci dla mnie wiarygodność.

LIKWIDATOR vs. WIELKI BRAT
Dla USA Likwidator jest zbawieniem, gdyż przynajmniej od stu lat główną siłą napędową amerykańskiej gospodarki były wojny. Amerykanie od pokoleń bogacili się i dalej bogacą na wojnie, zimnej wojnie i na strachu przed wojną. Walka z terroryzmem, teraz, w czasach względnego pokoju stwarza jedyną szansę, dzięki której lobby zbrojeniowe może uzasadnić przed Kongresem ogromne wydatki na armię. Największe amerykańskie mózgi od dawna szukają pretekstu, aby rozpętać kolejny wyścig zbrojeń, który postawiłby na nogi ich podupadającą gospodarkę, tak by mogła skutecznie konkurować z rosnącą potęgą gospodarczą południowo-wschodniej Azji.
Dla Ameryki najlepszym pretekstem byłaby jakaś dynamicznie rozwijająca się lewicowa dyktatura w Ameryce Południowej lub Azji, ale od biedy można zaakceptować światowy terroryzm, który w komiksie „Decydujące starcie” przybiera postać ekoterrorysty Likwidatora. Aby plan był skuteczny, należy najpierw wykonać solidną robotę propagandową.
Jest to czytelna aluzja pod adresem naszego środowiska dziennikarskiego, skupiającego przedstawicieli najnośniejszych i najbardziej opiniotwórczych mediów, którego stanowisko wobec kluczowych wydarzeń i problemów przełomu wieków, takich jak interwencja w byłej Jugosławii, Afganistanie czy Iraku jest w zasadzie stanowiskiem oficjalnej amerykańskiej propagandy. Według niej Czeczeniec strzelający rosyjskim dzieciom w plecy w Biesłanie nazywany jest partyzantem, zaś Irakijczyk walczący w nierównej walce z uzbrojonym po zęby amerykańskim okupantem - krwawym terrorystą.
Wasalstwo środowiska dziennikarskiego wobec systemu (pokazane w komiksie „Likwidator - Autozdrada”) nie podlega dyskusji. Wartości dominujące w świecie mediów to konformizm, brak zaangażowania, karierowiczowstwo, bezideowość, cynizm, służalczość, brak jakichkolwiek zasad moralnych. Mottem środowiska jest stwierdzenie: „Ludzie chcą potwierdzenia swych złudzeń [...] chcą i powinni myśleć, że żyją w wolnym kraju - i od tego my jesteśmy”. Ich granicę wolności wyznacza przekonanie: „lepiej gdy jesteśmy amerykańską pół-kolonią, niż sowiecką kolonią”.
Dąbrowski w sposób zabawny, a jednocześnie bolesny przedstawia służalczość polskich władz wobec nowego Wielkiego Brata. Spełnienie prośby o pomoc militarną w zgładzeniu Likwidatora Bush uzależnia od zniesienie barier celnych na amerykańskie towary i przekazania ziemi inwestorom zza oceanu. Głupi „Polaczek” cieszy się, że nie musi wyłożyć gotówki, nie dostrzegając przy tym długofalowych konsekwencji przyjęcia takiej oferty.
Sytuacja powtarza się w komiksie „Likwidator - Autozdrada”, gdzie negocjacje amerykańskiego biznesmena z polskim premierem („bardzo wiernym przyjacielem”) przerywa ten pierwszy, mówiąc: „Zamknij się polski psie! Od żądania jestem tu ja”. Kiedy czytałem komiks rok temu, ubawił mnie ten fragment, ale po ujawnianiu notki amerykańskiego ambasadora w sprawie ministra Giertycha, już mi nie jest do śmiechu.
Ostatecznie przeciw Likwidatorowi zostaje wystawiony robot Eliminator, dowód technologiczno-militarnej dominacji Ameryki nad resztą świata. Niestety, robot zostaje wyposażony przez twórców w zbyt wysoką inteligencję, która uniemożliwia mu podporządkowanie się rozkazom i w efekcie powoduje odmowę wykonania misji wojskowej. Dąbrowski odnosi się w ten sposób do „genu posłuszeństwa”, którym natura hojnie obdarzyła psy systemu.



LIKWIDATOR vs. SYSTEM
Immanuel Wellerstein (w latach 1994-98 przewodniczący Międzynarodowego Towarzystwa Socjologicznego, profesor uniwersytetu Yale) w swej książce „Koniec świata jaki znamy” pisze: „System światowy tworzy kapitalistyczna gospodarka światowa (co oznacza, że jest on rządzony poprzez dążenie do nieustannej akumulacji kapitału) zdominowana przez relacje rdzeń - peryferia i struktura polityczna składająca się z suwerennych państw istniejących w ramach systemu międzypaństwowego”.
Innymi słowy, system to kapitalizm, którego główną siłą napędową jest niekończąca się akumulacja kapitału. Kapitał akumulują firmy, wypracowując zysk, który jest różnicą miedzy ceną sprzedaży a sumą wszystkich kosztów produkcji (pracownicy, surowce i urządzenia, podatki).
System światowy ukształtował się w XVI wieku na obszarze Europy (z wyłączeniem imperium rosyjskiego i otomańskiego) i części obu Ameryk, następnie rozrastał się stopniowo, włączając nowe części świata, by po ostatecznym przyłączeniu Wschodniej Azji w połowie XIX wieku osiągnąć zasięg globalny.
Istotny wpływ na stabilizację polityczną systemu miała rewolucja francuska.
Takie jej hasła jak „wolność, równość, braterstwo” są nie do pogodzenia z wymogami kapitalistycznej gospodarki rynkowej, gdyż uniemożliwiają nieustanną akumulację kapitału. Są to idee niebezpieczne, zagrażające wszelkiej ustanowionej władzy. Odtąd wszyscy uprzywilejowani w obrębie istniejącego systemu muszą z nimi walczyć i dążyć do pohamowania ich skutków. Głównym sposobem walki z nimi było stworzenie i propagowanie ideologii, które są w istocie politycznymi strategiami radzenia sobie z rozprzestrzenianiem tych wartości.
Historycznie biorąc, rozwinęły się trzy wielkie ideologie jako sposoby opanowania sytuacji i ograniczenia suwerennej władzy ludu. Są to: konserwatyzm, liberalizm, socjalizm.
Historia polityczna XIX i XX wieku to ciągła walka między tymi trzema przejawami systemu.
Wszelkie ruchy kształtujące się na fundamencie tych ideologii dążyły do zdobycia władzy politycznej w państwie i wszystkie chciały realizować swe cele polityczne, powiększając władzę państwową, gdy już ją zdobyły. Rezultatem był stały i poważny wzrost aparatu administracyjnego i zasięgu działania organów państwa oraz wzrost ingerencji legislacyjnej.
Po przeszło 100 latach walki okazało się, że choć teoretycznie obywatele mają większą możliwość podejmowania decyzji politycznych, to w praktyce nie mają jakiejkolwiek realnej władzy (poza sprawującącymi rządy, których władza także jest ograniczona w niespotykanym dotąd stopniu), zaś „porządek w ramach państwa oznacza przede wszystkim porządek wymierzony przeciw insurekcji robotniczej [...] jest to rola państwa polegająca na zmniejszeniu skuteczności walki klasowej prowadzonej przez robotników”.
W komiksie „Zielona Gwardia” Likwidator, choć zgadza się z krytyką współczesnego świata prowadzoną przez lewicowych ideologów Nowej Lewicy, takich jak Herbert Marcuse i jemu podobni, to odrzuca ich program naprawczy. Ma świadomość, że wszystkie partie polityczne bez względu na kolor sztandarów realizują jedną politykę gospodarczą, jaką jest program neoliberalny, zaś cała różnica między opcjami politycznymi ogranicza się wyłącznie do sporów ideologicznych. W komiksie „Autozdrada” redaktor ogólnopolskiej gazety świadomie pomija w polityce pisma istotne problemy światosystemu (w tym konkretnym przypadku nieodwracalną dewastację przyrody) i nakazuje dziennikarce skoncentrować się na sprawach dla trwania światosystemu nieistotnych, zastępczych, takich jak homoseksualizm czy aborcja. Co ciekawe, „uczulając” panią redaktor na problemy homoseksualizmu, posługuje się językiem homofobii, który demaskuje jego fałsz i odsłania prawdziwe intencje.
Dla lewicy Likwidator jest prawicowym prowokatorem i zbrodniarzem, zaś dla prawicy efektem nieudolnych rządów lewicy, lewicową bestią, agentem Rosji.
Likwidator atakuje jednocześnie takie desygnaty konserwatyzmu jak nacjonalizm (gdyż nie uznaje państwa narodowego) czy doktrynę Kościoła (którą odrzuca w całości) oraz zachowania właściwe socjalizmowi, takie jak kolektywizacja (pozbawiająca jednostkę wolności) czy gwałtowne uprzemysłowienie (niszczące środowisko naturalne).
Tak zdefiniowany system jest celem ataku Likwidatora i tam też przebiega jeden z głównych frontów jego walki, zaś status quo strzegą psy systemu.



LIKWIDATOR vs. PSY SYSTEMU
Psy systemu to z grubsza rzecz ujmując wszystkie służby mundurowe: wojsko, policja, straż miejska, nawet kontrolerzy biletów (gdyż ich chamska firma utrzymywana jest z pieniędzy podatników) oraz aparat urzędniczo-administracyjny. Każdy może stać się celem ataku i nikt nie powinien czuć się bezkarny.
Najwdzięczniejszym obiektem likwidacji jest oczywiście wojsko. Definicja armii według Likwidatora jest szalenie prosta. To „szara masa bezmózgich gównojadów”, która broni wyłącznie systemu i ludności bezmyślnie eksploatującej krainę geograficzną, którą zamieszkuje. „Pierdolony generał”, „trep parszywy” zanim zginie z rąk Likwidatora, dowiaduje się, że „ten kraj istniałby równie dobrze wówczas, gdyby inna armia dała wam w dupę”.
Szczególną niechęć Likwidator żywi wobec armii polskiej, której dowódcy w imię narodowych ideałów gotowi są poświęcić życie żołnierzy, a ich najważniejszy cel zawiera się w haśle: „Pokażemy, że potrafimy jeszcze pięknie umierać”. Posyłając na śmierć żołnierzy, przywołują bezsensowne ze strategicznego punktu widzenia, ale nośne propagandowo wspomnienia krwawych jatek spod Monte Ciasno, bitwy pod Lenino czy szarży spod Somosierry.
Z dużą dawką gorzkiej ironii autor pokazał to w komiksie „Decydujące starcie” w symbolicznym starciu Likwidatora z polską armią.
W walce z Likwidatorem nadrzędnym celem dla decydentów nie jest śmierć ekoterrorysty, ale etos męczeńskiej śmierci ku chwale ojczyzny i oręża polskiego. Toteż nikogo nie rozczula masowa śmierć piechoty. Giną w blasku reflektorów i w towarzystwie rozegzaltowanych dziennikarek, gdyż taki jest ich żołnierski obowiązek.
Decyzję o zgładzeniu Likwidatora (za jego działalność antysystemową) podejmują elity systemu w obronie systemu, zaś cała odpowiedzialność spada na „bohaterskie” masy, które w demokratycznych wyborach owe elity wybierają, a system legitymizują. Podłość tej strategii polega na tym, że system działa wbrew interesom mas! Oczywiście Dąbrowski nie ma co do owych mas żadnych złudzeń. We wstępie do albumu „Krwawy rajd” (będącego trawestacją wstępu do „Asteriksów”) pisze: „Umysły spowija przesąd, teleserializm i mamonizm. Cała Polska zatruta jest toksyczną kulturą materializmu, chrystianizmu i szarej unifikacji”.
Dąbrowski zakłada, że istnieje gen posłuszeństwa, który pewne typy czyni bardziej zdeterminowanymi do wykonywania rozkazów, zaś ich wolność osobistą określa długość łańcucha, na którym trzymają ich beneficjanci systemu. Konsekwencją takiego podejścia jest założenie, że słudzy systemu muszą być ograniczeni umysłowo, gdyż nawet stworzony przez Amerykanów do walki z Likwidatrorem robot Eliminator, obdarzony przez twórców zbyt wysoką inteligencją, nie chce służyć systemowi, odmawia wykonywania rozkazów i wybiera wolność.

ZMIERZCH ŚWIATOSYSTEMU
Immanuel Wellerstein w swej książce „Koniec świata jaki znamy” pisze: „Nowoczesny system światowy, jako system historyczny, wchodzi w końcowy kryzys i jest nieprawdopodobne, by istniał za pięćdziesiąt lat. Ponieważ rezultat jest niepewny, nie wiemy, czy powstały system (lub systemy) będą lepsze, czy gorsze niż ten, w którym żyjemy, wiemy jednak na pewno, że okres przejściowy będzie epoką strasznych problemów. [...] Właśnie w okresach przechodzenia od jednego systemu historycznego do innego ludzkie zmagania nabierają największego znaczenia. Inaczej mówiąc, tylko w takich okresach przejściowych to, co nazywamy wolną wolą, przeważa nad presją istniejących systemów, by wrócić do stanu równowagi. Tak więc fundamentalna zmiana (systemu) jest możliwa, aczkolwiek nigdy nie jest pewna i fakt ten domaga się naszej moralnej odpowiedzialności za to, by działać racjonalnie, w dobrej wierze i energicznie w poszukiwaniu lepszego systemu historycznego. [...] Przyszłość otwarta jest na twórczość, nie tylko ludzką twórczość, lecz twórczość całej natury. Jest ona otwarta na możliwości, a tym samym na lepszy świat”.
Wtóruje mu Teodor Kaczyński w dziele „Społeczeństwo przemysłowe i jego przyszłość”: „Wydaje się, że w ciągu następnych dekad system przemysłowo-technologiczny poddany będzie silnej presji w związku z problemami ekonomicznymi i ekologicznymi, a w szczególności z powodu komplikacji w dziedzinie ludzkich zachowań (alienacja, bunt, wrogość, szereg trudności społecznych i psychologicznych). Mam nadzieję, że trudności, które system prawdopodobnie dotkną, spowodują jego upadek lub przynajmniej osłabią go na tyle, że gdy rewolucja nadejdzie i powiedzie się, w tym szczególnym momencie dążenie do wolności okaże się silniejsze od mocy technologii”.
W skali globalnej, wraz ze starzeniem się systemu, koszty produkcji rosną szybciej niż ceny, jakie możemy uzyskać. Obecnie zbliżamy się do granicy, po przekroczeniu której system wyczerpie swoje rezerwy, a koszty osiągną pułap, którego firmy nie będą w stanie zaakceptować. Jak przewidywał Marks: „rozwój sił wytwórczych rozsadzi stosunki pracy”.
Likwidator zdaje sobie sprawę, że w swej walce z systemem jest osamotniony. Prawdziwy anarchista jest człowiekiem czynu, zaś ludzie, jakich spotyka, piją piwo, palą jointy, rozmawiają o muzyce punkowej, rozlepiają nalepki, pokojowo demonstrują. Brak im wiary w działanie. Wychodzą z założenia, że nic się nie uda, nic nie warto robić, że w miejsce jednego zabitego skurwiela przyjdzie inny.
Również samo społeczeństwo nie jest gotowe do działań rewolucyjnych. Zamiast zgłębiać lewicowe, anarchistyczne czy jakiekolwiek ideologie, otępiali ludzie gapią się bezmyślnie na seriale w TV. Są zbyt tchórzliwi, słabi, niestali, nieufni i małoduszni. Nawet ci wykluczeni, najbardziej niezadowoleni i przegrani wolą siedzieć przed niewymagającą wysiłku intelektualnego telewizją i wyładowywać agresję w stadionowych bójkach, będących substytutem walk plemiennych. Potencjalnie rewolucyjni i liczni dresiarze są tylko bezideowymi chuliganami niezdolnymi do rewolucyjnej roboty. Nie ma odpowiednich kadr, gdyż ludzi zdolnych do rewolucyjnego zrywu jest zaledwie garstka. Reszta to „zdegenerowana trzoda marząca o konsumpcji, rozrywce i modzie”.
Dąbrowski cytuje słowa Teodora Kaczyńskiego: „Ogromnym problemem jest to, że ludzie nie wierzą w możliwość rewolucji, a ona nie jest możliwa dlatego, iż ludzie nie wierzą, że jest możliwa”. Błędne koło.
W rewolucję nie wierzy także sam Likwidator. Wydaje się niemożliwe, aby jakakolwiek siła była w stanie zrobić wyłom w strukturze systemu. Jest jednakże jedno pole walki, na którym różnego rodzaju ruchy i organizacje antysystemowe notują bezsprzeczne sukcesy. Na razie tylko w bogatych krajach centrum i to niestety zazwyczaj kosztem biednych peryferii, ale jednak. Tym frontem walki jest ekologia.

EKOLOGIA
Dewastacja środowiska w skali globalnej wynika bezpośrednio z najistotniejszej właściwości światosystemu, jaką jest akumulacja kapitału. Wysoki zysk przedsiębiorstw jest możliwy, gdyż w koszta ich działalności nie jest wliczana cena reaktywacji środowiska naturalnego. Są to koszta niebagatelne, szacowane na kilka, nawet kilkanaście procent światowego PKB, które niebawem przyjdzie nam ponieść. Najgorsze zaś jest to, że za obecny zysk garstki bogaczy zapłacimy wszyscy, robiąc niejako zrzutkę na ich dobrobyt. „Jeśli jakiś przedsiębiorca zanieczyszcza strumień i nie ponosi ani kosztów uniknięcia zanieczyszczenia, ani kosztów przywrócenia strumieniowi pierwotnego stanu, to państwo przerzuca koszta na społeczeństwo jako całość, przy czym jest to rachunek, którego często nie płaci się przez pokolenia, ale ostatecznie ktoś musi go zapłacić” (Immanuel Wellerstein „Koniec świata jaki znamy”). W skali globalnej za bogactwo najbogatszych krajów płacić będą najbiedniejsze państwa naszego globu.


Dlatego Likwidator ze szczególną pasją i bezwzględnością przeciwstawia się rabunkowej gospodarce zasobami naturalnymi, która w imię rozpasanego konsumpcjonizmu nieodwracalnie dewastuje środowisko naturalne. Potępia prymat ekonomii (która, będąc fundamentem światosystemu, jednoczy wszelkie ruchy polityczne) nad ekologią. Przeciwstawia się bezmyślnej eksploatacji przyrody, w imię której znikają lasy, a wraz z nimi leśna zwierzyna. Buntuje się, gdy w imię postępu giną całe ekosystemy, a na ich miejscu powstaje infrastruktura, tereny budowlane i rolne.
Temu zagadnieniu w całości poświęcony jest komiks „Likwidator – Autozdrada”. Budowa autostrady napotyka na przeszkodę w postaci lasu rosnącego na drodze w „rozwoju uszosowienia i usamochodowienia naszej biednej ojczyzny”. Walka o Puszczę Białowieską toczona na łamach komiksu kończy się sukcesem, lecz podobna bitwa o ocalenie Doliny Raspudy, toczona w realnym świecie, zastała przegrana. Z prostego powodu. Polska w światosystemie zajmuje miejsce na peryferiach i jako taka jest jednym z państw, które płacą za dobrobyt krajów centrum. Obecny trend na świecie jest jednoznaczny: w bogatych krajach mozolnie przybywa terenów zalesionych, w biednych ubywa ich w zastraszającym tempie.
Jak już wspomniałem, likwidacje służą przede wszystkim wskazaniu zła, dlatego mają charakter symboliczny. Dla przykładu brutalna rozprawa z turystami zaśmiecającymi Tatry tak naprawdę nie jest krucjatą przeciw kilku puszkom po piwie, ale zwróceniem uwagi na jedną z najważniejszych kwestii współczesnego świata, a mianowicie gigantyczny rachunek za śmieci, który wszyscy zapłacimy w najbliższej przyszłości.

RADYKALNY EKOLOGIZM
Każda kraina geograficzna może się doskonale obejść bez ludzi, którzy tylko ją okupują i eksploatują. Ludzkość to przekleństwo naszej planety, zwyrodniały gatunek niszczący i oszpecający ten wielki dom roślin i zwierząt. „Ludzkość to choroba ziemi” - Dąbrowski cytuje Nietzschego. Człowiek, przekształcając środowisko naturalne, odwraca naturalną kolej rzeczy, bowiem to nie przyroda jest przeszkodą dla człowieka, ale człowiek swą obecnością zaśmieca przyrodę.
Likwidator z jednej strony odrzuca antropocentryzm, z drugiej zaś pozostaje głuchy na argumenty, że działanie człowieka wobec natury, jego zaborczość, egoizm i nieliczenie się z innymi przedstawicielami flory i fauny jest przejawem egoizmu gatunkowego dla tej przyrody powszechnego i właściwego. Człowiek zachowuje się jak każdy organizm ożywiony: skoro wygrał rywalizację międzygatunkową, czerpie z tego korzyści. Taka jest naturalna kolej rzeczy. Odmienić mogłoby ją zachowanie człowieka, jego rozumne przeciwstawienie się prawom natury. Ale wtedy musi się on liczyć z faktem, że zostanie zlikwidowany przez Likwidatora za przeciwstawienie się... prawom natury.
Likwidator całkowicie odrzuca jakąkolwiek ingerencje człowieka w naturę, nawet wtedy, gdy przynajmniej częściowo służy jej ochronie (dyrektorowi fabryki nawozów sztucznych i środków ochrony roślin aplikuje potężną dawkę produkowanych przez niego specyfików), gdyż bez względu na ludzkie intencje świat rządzony przez człowieka nieustannie zmierza ku katastrofie ekologicznej. Winę za to ponoszą wszyscy ludzie, gdyż współtworzą zbrodniczy system, który niszczy planetę.
Likwidator nie wierzy w żadne pokojowe działania ekologiczne, edukację proekologiczną i rewolucję społeczną. Proponowany przez skrajne ruchy ekologiczne powrót człowieka na łono natury zakończyłby się według niego ostateczną dewastacją przyrody. Dlatego skuteczny ekologizm musi być antyludzki. Aby ocalić przyrodę, trzeba pozbyć się człowieka. Likwidator mówi: „Natura nie potrzebuje rolniczych wspólnot, ale planowego wyludnienia jej dawnego królestwa – trzeba likwidować i przepędzać”. Likwidator najchętniej widziałby ludzi spacyfikowanych w wielkich miastach, zaś problem przeludnienia rozwiązał, podsycając wszelkie konflikty narodowe, religijne i społeczne, bowiem tylko one znacząco zmniejszają zaludnienie, a co za tym idzie - zwiększają szansę dzikiej przyrody na przetrwanie. Inne rozwiązania, takie jak kolektywizacja czy ekologiczne społeczeństwa rolnicze, prowadzą do wzrostu liczebności ludzkiej populacji, a to z kolei stwarza konieczność napełnienia większej liczby brzuchów. W najbliższej przyszłości oznacza to akceptację biotechnologii (będącej gwałtem na naturze), rozwoju przemysłu chemicznego (nawozy, środki ochrony roślin, itd.), a w dalszej perspektywie jeszcze skuteczniejsze wyniszczenie przyrody.
Każda rewolucja, bez względu na sztandar, pod jakim się odbywa, jest pozbawiona sensu, gdyż w dalszej perspektywie lewicowcy i prawicowcy „to jedna hołota – chcą tego samego tylko innymi środkami”. W głębszym sensie i jedni i drudzy są społecznikami, czyli socjalistami realizującymi neoliberalny program gospodarczy.
Dlatego, twierdzi Likwidator, trzeba tworzyć anarchię! Nie dla kogoś, lecz przeciw wszystkim, trzeba zwalczać „władzę gatunku ludzkiego nad naturą, a nie władzę jednych bydlaków nad drugimi”. Prawdziwy ekologizm narodzi się w huku eksplozji

TERRORYZM
Jean Baudrillard w swym dziele „Symukakry i symlacja” pisze: „Środki przekazu stają się nośnikiem moralnego potępienia terroryzmu i czerpania korzyści z lęku w celach czysto politycznych, jednak – pogrążone w sferze całkowitej ambiwalencji – upowszechniają jednocześnie prymitywną fascynację aktami terroru, ich działalność sama ma charakter terroryzmu w tej mierze, w jakiej sama zmierza ku fascynacji”.
Dlatego filozofia Likwidatora w tym względzie jest prosta. Wyrżnąć - ilu się da, a resztę przy pomocy mediów zastraszyć. Nie podziela on poglądu Teodora Kaczyńskiego zawartego w dziele „Społeczeństwo przemysłowe i jego przyszłość”: że terroryzm powinien ograniczyć się wyłącznie do establishmentu.
Choć sam często uderza w jednostki zajmujące w społecznej hierarchii eksponowane stanowiska, np. wysokich urzędników państwowych, przedstawicieli Banku Światowego i Międzynarodowego Funduszu Walutowego, przedstawicieli Episkopatu Polski, na równi z nimi eliminuje kanalie pomniejszego kalibru - członków gangów narkotykowych, myśliwych, mężów maltretujących żony, babcię pastwiącą się nad wnuczką. Podkreśla, że nie chodzi mu o uwolnienie biednych od bogatych czy pracowników od pracodawców, tylko świata od bydlaków, którzy niszczą naszą planetę. Tak zwani zwykli obywatele to według niego najgorsze ścierwa kupujące każdy chłam, który podsuwa im przemysł i kultura, podtrzymujące tym samym żywotność systemu.


ZAKOŃCZENIE
Akt likwidacji i poprzedzająca go mowa oskarżycielska są tylko pretekstem do pokazania czytelnikowi, że stało się zło. Zło, które trzeba nazwać, osądzić i ukarać. Samo wykonanie wyroku, zazwyczaj kary śmierci, poprzez jego wszechobecność, powszechność i intensywność nie może być traktowane dosłownie.
Śmierć w komiksach Dąbrowskiego jest wielowymiarowym symbolem kary, nie zaś samą karą.
Śmierć przede wszystkim, poprzez swój wymiar ostateczny, swą nieodwracalność i nieodwołalność, symbolizuje nieuchronność kary.
Wyraża czysto ludzkie pragnienie sprawiedliwości, niemożliwość uniknięcia kary i równość wobec prawa wszystkich obywateli.
Niespełniona przez skorumpowaną policję, prokuraturę i sądownictwo idea elementarnej sprawiedliwości znajduje ucieleśnienie właśnie w osobie Likwidatora. Nie da się go przekupić, nie można złagodzić jego wyroku (no, chyba że jest się lewicowym ekstremistą) ani uniknąć kary, zaś po fizycznej eliminacji nie da się skazanego przywrócić do życia (choć w historii ludzkości był ponoć precedens). Jego decyzje są ostateczne i nieodwołalne, jak śmierć właśnie.
Dlatego zwały trupów przewalające się przez karty komiksu nie świadczą o morderczych fantazjach Dąbrowskiego, ale o ogromie zła i podłości po brzegi wypełniających współczesny świat. Można się nie zgadzać z poglądami Dąbrowskiego, można nie akceptować proponowanych przez niego rozwiązań skrajnego ekologizmu, ale nie można lekceważyć krytyki społeczeństwa i systemu przedstawionego na kartach komiksów. Tym bardziej że nasza ponura codzienności co rusz dostarcza dowodów na prawdziwość wizji autora, ba, czasem znacznie te ponure wizje przerasta.
Likwidator” to komiks z krwi i kości, to sama esencja komiksu. Dąbrowski, wykorzystując możliwości tego nośnego medium, przemyca do popkultury idee ważkie, buntownicze, rewolucyjne. Jak sam mówi w wywiadzie dla „Ślizgu”: „Przyznam szczerze, że moje komiksy to dywersja kulturalna. Żyjemy w czasach wojny kulturowej, dlatego trzeba wykorzystywać wszelkie środki”.
Komiks ten zmusza do refleksji, do zastanowienia się nad kondycją człowieka i cywilizacji ludzkiej, do spojrzenia w przyszłość i uświadomienia sobie otchłani, w kierunku której nieuchronnie zmierzamy. „Generalnie jest to komiks nastawiony na prowokowanie [...] nie sposób mieć poglądy takie jak Likwidator, ale mniej więcej ten odcień”.
Likwidator od przeszło dziesięciu lat walczy na froncie, który większości naszym twórcom mainstreamowym nawet nie zdążył się jeszcze przyśnić. Miałkość i nijakość współczesnej literatury głównego nurtu w zderzeniu z tym komiksem zostaje boleśnie obnażona.
Aby nie popadać w skrajną euforię i przesadny huraoptymizm, dodam łyżeczkę dziegciu do tej beczki miodu i napiszę, że trafiają się w komiksie krzywo narysowane ramki, zaś niekiedy dymki, zwłaszcza te, w których jest dużo tekstu, za bardzo dominują nad całością kadru.

Robert Zaręba  "Magazyn Fantastyczny"